poniedziałek, 24 lutego 2020

#10


„Byłam głupia, myśląc, że uda mi się ukryć przed nim przeszłość i to, jaka naprawdę jestem. Niestety, sielanka nie mogła trwać w nieskończoność…”

            Martina chyba po raz tysięczny spojrzała w lustro, sprawdzając czy dobrze wygląda. Właśnie przygotowywała się do wyjścia  do klubu z Andreasem, a także z jego siostrą oraz z Maksem i Eriką. Wahała się co do wyboru butów i przymierzała na zmianę dwie pary, próbując zdecydować, które są wygodniejsze, gdy rozdzwonił się telefon.
– Hej! Jedziecie już? – rzuciła, widząc kto dzwoni.
– Właśnie wyjeżdżamy… O Boże! Ostrożnie, bo uszkodzisz moje maleństwo! – krzyknął niespodziewanie. Dziewczyna aż podskoczyła i odsunęła telefon od ucha.
– Wszystko w porządku? – spytała niepewnie.
– Przepraszam, to nie było do ciebie. Widzimy się za dziesięć minut. Mam nadzieję… – rozłączył się.
            Martina spojrzała na swój telefon, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia. Schowała go do torebki, którą przewiesiła przez ramię i wzruszając ramionami, na powrót spojrzała w lustro. Uśmiechnęła się do swojego odbicia, bo wyglądała dobrze. A co tam! Bardzo dobrze. Krótka i obcisła granatowa sukienka leżała na niej prawie idealnie. Włosy tradycyjnie upięła, żeby jej nie przeszkadzały. Nie miała zamiaru przesadzać z biżuterią ani makijażem, lecz pozwoliła sobie użyć intensywnie czerwonej szminki pod kolor paznokci. A co do butów, postanowiła zostawić te, które aktualnie miała na sobie. Najważniejsze, żeby dodawały jej choć kilka centymetrów wzrostu.
            Wychodząc z pokoju, złapała jeszcze czarną marynarkę, bo, mimo że było ciepło, to jednak zapadała noc.
            Cichutko stąpała po schodach, żeby rodzice jej nie usłyszeli, choć wcale nie chciała wymykać się bez ich wiedzy. Na dole przylgnęła plecami do ściany tuż przy drzwiach do pokoju, gdzie siedzieli. Po dochodzących z pomieszczenia dźwięków doszła  do wniosku, że pewnie jak zwykle przed snem oglądali telewizję. Nie rozmawiali. Martinę coś ścisnęło w żołądku na myśl, że nic ich nie obchodziła. Teraz rzuci jakiś banał na pożegnanie ot tak, dla zasady. I po prostu wyjdzie nie wiadomo dokąd ani z kim. Zapewne mama tylko potwierdzała swoją teorię, że jej córka zachowuje się jak jakaś „latawica”.
– Wychodzę! – krzyknęła po usłyszeniu zajeżdżającego samochodu.
– Weź klucz, jeśli masz zamiar wrócić późno! – odparła tylko mama.
            Słowa, słowa… Bez znaczenia… Martina chciała nie myśleć dzisiaj o takich rzeczach, lecz dobrze się bawić. Tylko ten dziwny ucisk w żołądku wcale nie chciał ustąpić, a dłonie lekko się pociły. To nic! Za chwilę o wszystkim zapomni.
            Andreas czekał na nią przy otwartych drzwiach swojego samochodu, a za kierownicą siedziała bardzo ładna blondynka – zapewne jego siostra. Chłopak uścisnął ją na powitanie i przepuścił pierwszą na tylne siedzenie, gdzie sam też zajął miejsce.
– To właśnie jest moja siostra, Julia. Od dawna chciała cię poznać – powiedział.
– Cześć. Miło mi. – Blondynka odwróciła się, wyciągając dłoń w kierunku Martiny.
– Hej, mnie też miło. Muszę powiedzieć, że jesteście do siebie bardzo podobni. – Uścisnęła wyciągniętą dłoń.
– Mówią, że cała nasza trójka jest do siebie bardzo podobna, ale ja tam nie wiem… Zawsze uważałam Andreasa za odmieńca. – Posłała mu słodki uśmieszek.
– Ej, ej! Już się zaczyna! Ona zawsze musi się ze mnie wyśmiewać – zwrócił się z żalem do Martiny.
– Wiesz, że cię kocham, braciszku. – Wystawiła mu język. – I wiesz co? Wszystko już wiem… – zawiesiła głos. – Rozumiem dlaczego tak oszalałeś na punkcie Martiny.
– Ty lepiej nic nie mów, tylko ruszaj w drogę, bo nigdy nie dotrzemy na miejsce – zbeształ ją.
            Martina przysłuchiwała się ich przekomarzaniom z lekką zazdrością, bo sama nigdy nie miała nikogo takiego, z kim mogłaby się wygłupiać, żartować i od czasu do czasu pokłócić.
– Jestem zaskoczona, że Andreas pozwolił komuś prowadzić swoje ukochane autko. Fascynuje mnie, jak on o nie dba. Szczerze, to ja chyba nigdy nie zauważyłam w środku choćby najdrobniejszego pyłku – powiedziała Martina.
– Od początku żałuję tej decyzji – odpowiedział załamany, rozkładając bezradnie ręce.
– To pierwszy raz i jestem z niego bardzo dumna, że w końcu się przełamał – powiedziała Julia, ruszając w drogę.
– Módlmy się! – Andreas westchnął, wznosząc oczy ku górze.
– Cicho tam! Muszę się skupić! – krzyknęła Julia.
            Jechali więc w ciszy. Martina siedziała na swoim miejscu, patrząc na ciemniejące ulice, gdy Andreas przysunął się do niej, chwytając ją za rękę. Droga nie była daleka, ale tak monotonna, że myśli Martiny zaczęły sobie swobodnie wędrować. Nagle wydało jej się, że jest dużo młodsza i właśnie jedzie ze swoim ojcem. Gdy Julia gwałtownie zahamowała, szarpiąc samochodem, z siłą chwyciła Andreasa w okolicy kolana, wbijając mocno paznokcie w jego udo.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła uradowana Julia, wyrywając Martinę z transu.
– Cud, że żyjemy – ponuro dodał Andreas, patrząc cały czas na dziewczynę, która pospiesznie zabrała swoją rękę z jego nogi.
– Wszystko w porządku? – szepnął, gdy wysiedli.
– Tak, nie przejmuj się – przełknęła ślinę. – Dziś jakoś dziwnie się czuję, ale to nic. – Spróbowała się uśmiechnąć.
            Przed wejściem do klubu spotkali się z Maksem i Eriką, którzy już jakiś czas na nich czekali. Wszyscy zaczęli się witać i sobie przedstawiać, zanim weszli do środka, gdzie pochłonął ich tłum bawiących się ludzi. Martina starała się nie myśleć o wcześniejszym incydencie.
            Andreas nie chciał wypuścić jej z rąk, ale Martina kątem oka widziała samotną Julię siedzącą przy barze, dlatego też wypchnęła chłopaka, żeby poszedł choć na chwilę zająć się siostrą.
– Nie zaprzątajcie sobie mną głowy. – Machnęła ręką Julia. – Ja tutaj mam towarzystwo. Wszyscy koniecznie chcą mi postawić drinka, gdy akurat nie mogę pić. Masz, Andi. – Podsunęła mu szklankę. – Wypij, skoro naprawdę będę musiała z tobą tańczyć. Może to cię choć odrobinę rozluźni i nie będziesz się poruszał jak drewniany pajac.
– Martina, powiedz coś. Chociaż ty stań po mojej stronie… – Spojrzał na nią błagalnie.
– Jesteś cudownym  tancerzem – powiedziała, obejmując go w pasie.
– Wiedziałem… – powiedział z dumą i pocałował ją w policzek. – Zaraz tu do ciebie wrócę – szepnął jej do ucha, łaskocząc gorącym oddechem.
– Nie spiesz się – odparła.
            Jednym haustem dokończył drinka, krzywiąc się przy tym i pociągnął siostrę na parkiet. Martina obserwowała, jak się wygłupiał, lecz po chwili jej wzrok powędrował do innej pary. Erika i Max ciasno się obejmowali i coś sobie szeptali, spoglądając czule w oczy. Wyglądali uroczo. Martina nie czuła się ani odrobinę zazdrosna, bo chyba rzeczywiście nigdy nie była naprawdę zakochana w Maksie. Z Andreasem było zupełnie inaczej. Fascynował ją i pociągał także fizycznie i zawsze umiał ją rozśmieszyć, przytulał, gdy tego potrzebowała i czasem był bardzo uroczy w swojej niezdarności. Podziwiała go też za to, co robił, będąc skoczkiem.
            Musiała przerwać swe rozmyślania, bo przysiedli się do niej Max z Eriką.
– Zauważyliśmy, że siedzisz sama, więc przyszliśmy trochę odsapnąć. – Max położył rękę na jej ramieniu.
– Idę do toalety – oznajmiła Erika. – Martina, pójdziesz ze mną? – spytała, ciągnąc ją i nie czekając wcale na odpowiedź.
– OK? – rzuciła zdziwione spojrzenie Maksowi. On tylko wzruszył ramionami.
– Dlaczego od początku wydajesz mi się być smutna? – spytała Erika, gdy znalazły się same. – Bawisz się, uśmiechasz, ale to wszystko gra. Ja to widzę, Max też i Andreas również uważnie ci się przygląda. Twoje oczy nie umieją kłamać.
– Daj mi spokój, proszę! Każdy może mieć czasem gorszy dzień. Ty chyba powinnaś mnie rozumieć. Zresztą ja niczego nie udaję. – Martina spojrzała w lustro i opłukała dłonie lodowatą wodą. Nie rozumiała, dlaczego akurat dzisiaj musiał dopaść ją głupi wewnętrzny niepokój?
– Uśmiechnij się chociaż, bo wracamy.
– Idź sama, ja zaraz przyjdę. – Uśmiechnęła się, żeby przyjaciółka nie patrzyła na nią z taką podejrzliwością.
            Potem wymknęła się do szatni, skąd zabrała marynarkę i wyszła na balkon, żeby się otrzeźwić, choć nie wzięła do ust ani jednej kropli alkoholu. Było tam kilka osób, które paliły papierosy, ale ona stanęła z boku, opierając się o balustradę i próbowała oczyścić umysł z myśli. Oddychała głęboko nocnym powietrzem i powoli się uspokajała.
            Wzdrygnęła się, gdy poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
– Tutaj jesteś. – To była Julia. – Andreas cię szuka.
– Wyszłam na chwilę na świeże powietrze.
– Ja też tego potrzebowałam. Andi tak mnie wyszarpał, że mam dość – westchnęła. – Wiesz, mój braciszek naprawdę się w tobie zakochał, ale ukrywa to przed wszystkimi w domu. Masz szczęście, bo… dobry z niego chłopak, choć czasem zachowuje się jak dzieciak. Musisz mieć coś w sobie, że udało ci się skraść jego serce. – Przerzuciła przez ramię długie włosy.
– Nie wydaje mi się, żebym była wyjątkowa. – Wręcz przeciwnie, uważała się za wyrzutka. – Kocham twojego brata – wyznała.
– To dobrze. Możesz mu zaufać. – Mówiąc to, spojrzała jej głęboko w oczy. Martina bała się, że z łatwością odkryje to, że nie do końca ufała Andiemu. Bo gdyby tak było, to przecież nie miałaby przed nim żadnych tajemnic. – Wpadnij do nas kiedyś. W przyszłym tygodniu urządzamy Andiemu urodziny. To ma być niespodzianka, więc byłoby mu miło, gdybyś też przyszła.
– Ojej! Byłabym zapomniała! – przestraszyła się. – Jeszcze nie mam prezentu ani nawet pomysłu… – Spojrzała na Julię, szukając u niej pomocy.
– Nie przejmuj się tym. On ucieszy się wszystkim. – Machnęła ręką.
– Bardzo mi pomogłaś – skrzywiła się.
– Daj mu coś od siebie. Na pewno wpadniesz an jakiś świetny pomysł.
            Ledwo skończyła to mówić, gdy obok nich, jak spod ziemi, wyrósł Andreas.
– Tu się przede mną schowałyście. – Zaczął iść w stronę Martiny, lecz potknął się o własne nogi. – Ach! Niezdara ze mnie. – W końcu udało mu się objąć dziewczynę.
– Czy ty jesteś pijany? – spytała.
– Co ja poradzę, że mam taką słabą głowę, nieprzyzwyczajoną do picia. A ta ciągle coś mi podsuwała… – powiedział szczerze, patrząc oskarżycielsko na siostrę.
– Lepiej zostawię was samych. – Posłała mu niewinny uśmiech i poszła sobie.
– Nie gniewaj się na mnie. – Spojrzał skruszony na Martinę.
– Jeszcze się nie gniewam, ale te drinki mogłeś sobie darować! – Spojrzała na niego.
– Więcej nie będę, bo w końcu nie wyszedłbym stąd o własnych siłach – zaśmiał się, bo wiedział, że przesadza. Wcale nie było z nim tak źle, co przecież widziała Martina.
– Cały czas się wygłupiasz. – Próbowała rozluźnić uścisk, w jakim ją trzymał.
– Jestem całkiem poważny i gdy tak patrzę na twoje czerwone usta, mam ogromną ochotę cię pocałować, lecz boję się, że… yyy… zniszczę ten śliczny efekt. – Przygryzał dolną wargę i wpatrywał się w nią intensywnie tymi swoimi błękitnymi oczami. Wyglądał przy tym dość śmiesznie i Martina nie mogła ukryć rozbawienia.
– Przestań pożerać mnie wzrokiem. – Zakryła mu oczy dłonią.
– Co ja poradzę, że wyglądasz tak ślicznie? – odsunął jej rękę i przywarł ustami do szyi.
– Przestań, wariacie – ze śmiechem protestowała dziewczyna. – To łaskocze!
            Zaczął całować ją po dekolcie i po odsłoniętych ramionach. Można powiedzieć, że automatycznie objęła go za szyję i wtuliła twarz w jego włosy. To nic, że były ułożone na żelu, a balkonowa barierka wpijała się jej w ciało. Andreas pachniał jak zwykle bardzo przyjemnie i Martina wcale nie chciała, żeby przerywał to, co robił, ale ktoś musiał zachować choć odrobinę rozsądku.
– Andi, nie przy ludziach.
– Mm… Straciłem poczucie rzeczywistości. – Oderwał się od niej, ale miała wrażenie, że robi to niechętnie. – Teraz pewnie powiesz, że powinniśmy wrócić do reszty… – westchnął. – W końcu mieliśmy się „integrować” – dodał po namyśle.
– Sam to wymyśliłeś. Teraz nie narzekaj – powiedziała.
– Dobrze. Idziemy. – Podał jej rękę.
Resztę towarzystwa zastali przy barze, gdzie dziewczyny właśnie serdecznie śmiały się z żartu opowiedzianego przez Maksa. Julia nawet prawie się popłakała. Andreas zapewne także chciał zabłysnąć, bo zaczął opowiadać kawał, ale sam wybuchnął takim śmiechem, że nie był w stanie go dokończyć. Mimo to śmiali się wszyscy, zarażeni jego nieopanowaną wesołością.
– Andi Wellinger?! Tak myślałam, że to twój śmiech rozbrzmiewa po całej sali. – Na ramieniu chłopaka uwiesiła się jakaś mocno wymalowana wysoka blondynka. – Cześć wszystkim!
            Martina zauważyła, jak Julia przewraca oczami, jakby znała tę dziewczynę i jakby nie była zadowolona z jej obecności. Zresztą jej samej też wydawała się znajoma.
– Cześć Sandra! – przywitał się Andreas. – To moja dobra znajoma. Stała bywalczyni tego miejsca – wyjaśnił reszcie.
            O nie! Martina na dźwięk tego imienia doznała nieprzyjemnego olśnienia. Wiedziała już skąd zna tę dziewczynę. To była TA Sandra, przez którą musiała zmienić szkołę, bo JEJ nieustające docinki i komentarze o mało co nie doprowadziły jej do załamania. Martina nie mogła ogarnąć tego, że akurat Sandra musiała być „dobrą znajomą” Andreasa. Dlaczego musieli się tu dziś spotkać? Dziewczyna poczuła, że każdy mięsień jej ciała jest napięty do granic możliwości, jakby jej ciało gotowało się do ucieczki. Może wcześniejszy zły nastrój był zapowiedzią tego, co dopiero nastąpi?
– Nie przedstawisz mi twoich znajomych? – Spojrzała wymownie na Wellingera.
– Bardzo chętnie – odparł chłopak, a Martina próbowała ukryć drżenie rąk na myśl, że Sandra zaraz ją rozpozna. – To jest moja dziewczyna, Martina. – Przyciągnął ją bliżej siebie. – A to jej przyjaciele: Max oraz jego dziewczyna, Erika. Julię znasz.
– To taka podwójna randka? Słodko! Ale czekaj! Martina? – Wbiła wzrok w blednącą dziewczynę. – Czy my się czasem nie znamy? – zastanawiała się na głos. – Wiem! Jesteś Martina… Lorenz? Chodziłyśmy razem do szkoły? Do tej samej klasy. – Zmrużyła oczy, cały czas uważnie się jej przyglądając.
– Faktycznie. – Martina udała, że coś sobie przypomina. – Wydawało mi się, że kogoś mi przypominasz… – Próbowała przywołać uśmiech na twarzy, ale chyba jej nie wyszło.
            Sandra coś tam mówiła do Andreasa, a Martina miała ochotę zniknąć.
– Coś nie tak? – Max trącił ją łokciem. Szybko potrząsnęła przecząco głową, nawet na niego nie patrząc.
– Powinniśmy oblać nasze spotkanie! – krzyknęła Sandra. – Kto chętny?
            Julia i Max od razu wykręcili się tym, że prowadzą.
– Ja też nie piję – powiedziała Martina. I od razu poczuła na sobie świdrujący wzrok Sandry.
– Dlaczego? – zdziwiła się na początku. – Ojej! – Palnęła się dłonią w czoło. – Ale jestem głupia, przecież ty nie chcesz być jak twój tatuś. Zapewne boisz się, że masz to w genach… Masz rację, lepiej nie ryzykować – powiedziała to w taki sposób, żeby nikt nie miał złudzeń, kim był jej ojciec.
            Pod Martiną ugięły się nogi. Dlaczego musiała wyjechać z czymś takim? Nic się nie zmieniła… W dziewczynie kumulowała się złość.
– Czy ty nigdy nie dasz mi spokoju?! Spotykamy się po kilku latach, a ty dalej to samo! Nie mogłabyś odpuścić? To, jaki jest mój ojciec i co dostałam od niego w genach to mój interes – wybuchła, po czym biegiem skierowała się do wyjścia. Słyszała, że wołał ją Andreas i pewnie chciał ją zatrzymać, ale gdy znalazła się na zewnątrz, nikt za nią nie wyszedł.
            Przykucnęła, bo miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Cały świat wirował wokół niej w coraz szybszym tempie. Ktoś objął ją mocno i przytulił. To był Max.
– Zepsułam wam zabawę – powiedziała.
– Tym się nie przejmuj. – Pogłaskał ją po głowie.
– Pójdę już do domu. – Wyprostowała się, bo zaczęły jej cierpnąć nogi.
– Pójdziesz? Chyba oszalałaś. Zaraz cię odwiozę.
– Chcę się przejść – zaprotestowała.
– Taki kawał drogi i w tych butach? – Spojrzał na nią wątpiąco.
– Chcę być sama… – Usta zaczęły jej niebezpiecznie drżeć i bała się, że zaraz wybuchnie płaczem.
– Tak myślałem, dlatego zatrzymałem Andreasa, który koniecznie chciał za tobą biec. Posłuchał i postanowił rozprawić się z tą całą Sandrą.
– Max, ja od razu ją rozpoznałam. Myślałam, że może ona mnie nie pamięta… W szkole cały czas nie dawała mi spokoju. A miałam takie przeczucie… Mogłam z wami nie iść. – Czuła się taka zmęczona.
– To nie twoja wina. Skąd mogłaś wiedzieć, że tak się to wszystko skończy? Chodź, podwiozę cię.
– Ale nie pod sam dom, proszę… – Chciała uspokoić myśli, spacerując, a nie przewracając się na łóżku z boku na bok
            – Niech ci będzie.
            Spełnił jej prośbę, ale musiała zapewnić go, że będzie ostrożna, a ona kazała mu przeprosić wszystkich, w szczególności Wellingera.
            Gdy została sama, ruszyła wolnym krokiem przed siebie pustą ulicą. Nie zaszła daleko, bo widząc kamienny murek, przysiadła na nim. Wszystkie mięśnie ją bolały, szczękała zębami, ale nie z zimna. Może Sandra miała rację? Nie piła, bo bała się, że będzie jak ojciec…
            Dlaczego wszystko musiało się psuć? Ostatnio naprawdę czuła się szczęśliwa, zakochana i nawet chciała kiedyś powiedzieć wszystko Andiemu, ale nie w taki sposób. Głupio zrobiła, że tyle z tym zwlekała, bo i tak nie udawało jej się ukryć prawdy o przeszłości, o tym, że ma problem. Prawda cały czas po odrobinie wychodziła na jaw. Jak w ogóle mogła myśleć, że chwile szczęścia będą trwały wiecznie?
            Dostrzegła, że niebo się rozjaśnia i za niedługo zacznie wschodzić słońce. Powietrze stało się chłodniejsze, bardziej ożywcze. Ruszyła więc dalej, lecz nie mogła przestać myśleć. Była zła na samą siebie, choć plusem było to, że zareagowała i odpowiedziała Sandrze.
            Gdy mijała mały całodobowy sklepik, nie mogła się oprzeć. Kupiła trzy butelki czerwonego wina z zamiarem porządnego upicia się.
            W domu na paluszkach udała się do pokoju, gdzie położyła się na łóżku. Wyłączyła telefon, który zaczął uparcie dzwonić – nie chciała z nikim rozmawiać. Leżała tak pewnie z kilka godzin, patrząc w sufit. Dopiero gdy miała pewność, że rodzice już wyszli, zeszła do kuchni, wyjęła kieliszek i choć po pierwszym łyku odrobinę się skrzywiła, potem przestała odczuwać smak napoju. Siedziała przy stole ubrana elegancko, bo nie pomyślała nawet, żeby zdjąć buty na obcasie. Czuła gorące łzy spływające po policzkach, rozmazujące makijaż i skapujące na blat stołu, tworząc małą kałużę.

środa, 19 lutego 2020

#9


„Czy istnieją reguły, jak należy postępować w związku? A nawet jeśli tak, to co? Czy od tego powinienem uzależniać powiedzenie tych najważniejszych słów?”

            Andreasowi wyjazdy na konkursy sprawiały przyjemność, ponieważ dzięki temu podróżował po świecie, poznawał nowe miejsca i zdobywał doświadczenia. Ostatnio jednak zaczynała go przytłaczać rosnąca sława i powiększająca się rzesza fanów. Fanów? Czy wśród tych wyciągających ku niemu ręce postaci były osoby płci męskiej? Nawet jeśli tak, to zostały odepchnięte na bok przez piszczące dziewczęta.
            To zainteresowanie było całkiem miłe, ale też i uciążliwe. Zwłaszcza że nie wiedział, czy fanki bardziej cenią jego umiejętności, czy może raczej urodę, choć obu tych rzeczy nie był pewien. Nad formą stale musiał dużo pracować, a uroda… Czy był przystojny? Nigdy nie uważał się za niewiadomo kogo i zdecydowanie wolałby posiadać fanów swoich skoków, a nie na przykład blond włosów, czy niebieskich oczu.
            Patrzył na te dziewczyny, wśród których sporo było naprawdę bardzo ładnych. Widział w ich oczach uwielbienie i sympatię, dlatego z chęcią chciałby mieć czas, żeby z każdą zamienić kilka słów. Nie chciał traktować ich jak bezładną masę, bo przecież każda z nich była inna, miała swoją własną historię, w którą gdzieś tam wpisały się skoki narciarskie. Tylko jak to zrobić? Ich zbyt dużo, on miał zbyt mało czasu – zawsze ktoś musiał być poszkodowany. W dodatku niektóre z nich… Szaleństwo. Czuł się przytłoczony, dlatego nie mógł temu podołać, co udawało mu się choćby jeszcze rok wcześniej. Ach, ta sława.
            Z zazdrością obserwował Gregora Schlierenzauera, który z niegasnącym zapałem i uśmiechem na twarzy brylował między wniebowziętymi dziewczętami. Chciałby się tego nauczyć, bo wiedział, że kibice to nieodłączna część świata, w którym, jak miał nadzieję, będzie się kiedyś liczył. Może uda mu się to już wkrótce, bo czuł się silniejszym niż zwykle. Oczywiście kumple żartowali sobie, że to miłość tak go uskrzydlała. Może było w tym ziarenko prawdy, lecz on sam nie miał zamiaru łączyć skoków z życiem uczuciowym, chciał się od tego odciąć, jak profesjonalista. Jednak wbrew temu wszystkiemu z tyłu głowy cały czas myślał o dziewczynie i o tym, że wkrótce znowu się zobaczą.
            Tym razem zdradził Martinie, kiedy wraca i nawet umówili się już na spotkanie. W drodze powrotnej przeglądał zdjęcia na aparacie zrobione przed wyjazdem i szczerzył się sam do siebie jak głupi, co zostało uwiecznione przez towarzyszy podróży i głośno skomentowane, co nie uszło uwadze trenera i skończyło się lekcją na temat związków i ostrzeżeniem przed wplątaniem się w aferę w czasie trwania sezonu. I niech tylko wpłynie to na skoki, a nie obędzie się bez konsekwencji.
– Tak jest, trenerze! – zasalutował i choć sam się wygłupiał, zdawał sobie sprawę z tego, że trener nie żartuje. Jednak Andreas nie chciał wywoływać skandali ze sobą w roli głównej, ale uważał, że ma prawo do miłości. Nawet skoczek narciarski może się zakochać…
            Przez kilkanaście następnych godzin żył tylko jednym – spotkaniem  z Martiną, które pozytywnie go nastrajało, ale też i stresowało. To, że była jego pierwszą dziewczyną wcale nie pomagało, bo wszystko to było dla niego nowe. Nie chciał wyjść na ciamajdę ani na nachalnego typa, a do tego Martina nie była jak inne dziewczyny.
            Gdy w końcu nadszedł ten długo oczekiwany moment, Andreas udał się na miejsce spotkania i gdy ujrzał dziewczynę siedzącą przy stoliku, wszystkie natrętne myśli ulotniły się z jego głowy. Pozostał tylko jej obraz, który miał przed oczami. Uśmiechnęła się na jego widok i powoli zaczęła podnosić się z miejsca. Andreas z trudem zmusił się, by do niej nie podbiec i nie zamknąć jej natychmiast w objęciach.
            Podszedł powoli i witając się, cmoknął ją tylko w policzek. Wydała mu się wyższa, więc gdy siadała obrzucił dziewczynę wzrokiem i rzeczywiście zauważył, że do obcisłych spodni założyła buty na koturnie.
            Martina wybrała dla niego przepyszny kawałek ciasta, ale gdy jadł nie mógł  powstrzymać się od ukradkowych spojrzeń na twarz dziewczyny, na jej delikatne usta oraz na policzki ocienione długimi, ciemnymi rzęsami.
– Czemu tak mi się przyglądasz? – spytała, podnosząc nagle wzrok.
– Ja? – speszył się.
– Nie wykręcaj się, bo przecież cały czas czuję na sobie twój uporczywy wzrok.
– A co jeśli odpowiem, że lubię na ciebie patrzeć? – Uniósł brwi w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Wtedy ja powiem, że trochę mnie to krępuje. No nie patrz tak na mnie tymi swoimi oczami. – Zasłoniła twarz dłońmi, patrząc przez palce.
– Co ty chcesz od moich oczu? Od tego je mam, żebym mógł patrzeć – obruszył się, wyciągając ręce w kierunku ukrytej twarzy dziewczyny.
– Już dobrze, niech ci będzie. – Uśmiechnęła się, podnosząc ręce w obronnym geście. – Poddaję się.
            Później rozmawiali jeszcze o różnych mało znaczących sprawach, lecz Andreas chciwie słuchał każdego słowa padającego z ust dziewczyny. Obserwował jej gesty, mimikę twarzy i pragnął, by takie beztroskie chwile trwały w nieskończoność.
            Gdy odwiózł dziewczynę do domu, kazała mu zaparkować samochód i zgasić silnik.
– Nie miałbyś ochoty na krótki spacer ze mną? Póki jeszcze słońce zupełnie nie zaszło – spytała, patrząc mu prosto w oczy.
– Oczywiście, że tak – odpowiedział mile zaskoczony tą propozycją. Zawsze to dodatkowy czas spędzony we dwoje.
            Wysiedli i ruszyli wolnym krokiem przed siebie, mijając dom Martiny. Szli obok siebie, prawie stykając się ramionami, co doprowadzało Andreasa do szału. Więc gdy w końcu ich dłonie otarły się o siebie, chwycił rękę dziewczyny i splótł ich palce razem.
– To tutaj. – Martina zatrzymała się.
            Przed nimi rozciągał się górski krajobraz, za którym powoli kładło się spać słońce, ostatnimi promieniami chwytając się dnia. Dookoła panowała niczym niezmącona cisza, gdyż znajdowali się z dala od zabudowań.
– Kiedyś lubiłam tu przychodzić, gdy było mi ciężko i potrzebowałam w ciszy przemyśleć pewne sprawy. Patrzyłam zawsze na to zachodzące słońce z naiwną nadzieją, że może  jutro przyjdzie nowy, lepszy dzień. Potrzebowałam takich złudzeń – mówiła, patrząc przed siebie, a w gasnącym świetle dnia na jej policzku zalśniła pojedyncza łza.
            Andreas przygarnął ją do siebie i mocno przytulił. Gładził ją uspokajająco po plecach, a ona objęła go w pasie i skryła twarz w jego ramieniu. Przed oczami miał obraz bezradnej, skrzywdzonej dziewczynki odtrąconej przez cały świat. W myślach już dawno wyobraził sobie, z czym musiała się zmagać w przeszłości i co dotykało ją nadal. Czy wyobrażenia odpowiadały rzeczywistości? Akurat w tej kwestii bardzo chciałby się mylić, lecz wolałby usłyszeć całą prawdę z ust dziewczyny.
– Teraz nie lubię zachodów słońca. Za bardzo przypominają mi o tym, że kolejne dni mijają jeden po drugim, nie przynosząc niczego, ani zmian, ani ulgi.
– Czy dowiem się kiedyś dlaczego tak jest, dlaczego tak właśnie czujesz? – Odsunął ją od siebie, by móc spojrzeć jej w twarz.
– Myślę, że i bez tego już dużo wiesz.
– Powiedz mi lepiej, czy te dni, które spędziliśmy razem, nie były dobre? – Ujął jej podbródek.
– Były dobre, są… Ale ile niepewności przynoszą… Skąd możemy wiedzieć, co będzie jutro? Co jeśli skrzywdzę cię tak bardzo, że zniszczę całe twoje życie?
– A czy chcesz mnie skrzywdzić?
– Nie mam takiego zamiaru.
– Sama widzisz… Ja też nie chciałbym cię skrzywdzić. Przynajmniej świadomie, ale w życiu tak już jest, że nie wszystko idzie po naszej myśli. To jednak nie oznacza, że mamy z niego rezygnować. Może czasem warto przestać myśleć i zrobić to, na co ma się ochotę. – Tymi słowami wywołał nikły uśmiech na jej ustach.
– Myślisz, że powinnam teraz to zrobić? – Objęła go za szyję.
– Jeśli tego właśnie chcesz..? – Przyciągnął ją bliżej. – Bo ja tak.
            Po raz pierwszy to ona go pocałowała. Dodatkowo przyjemnie było czuć jej drobne palce w swoich włosach. Zaskoczyła go tym, że w końcu odważyła się zrobić coś takiego. Myślał, że nigdy się na to nie zdobędzie. Widocznie się mylił i razem udało im się osiągnąć postęp.
            Andreas pochylał się, żeby mogli stykać się czołami. Spoglądał w jej oczy i czuł się dobrze, jakby w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi. Przy niej.
– Jak się teraz czujesz? – spytał.
– Jestem szczęśliwa? – wyznała z lekką niepewnością.
– To jest nas dwoje. Przyznaj mi rację, że odczarowaliśmy to miejsce i już nie powinno ci się źle kojarzyć.
– Chyba muszę się z tym zgodzić – przyznała.
            Na niebie zalśniły już pierwsze gwiazdy i coraz bardziej się ściemniało, dlatego zdecydowali się na powrót.
– Kiedy jutro będę mógł do ciebie wpaść?
– Mam popołudniową zmianę, bo do Eriki chyba przyjeżdża Max.
– Może ciebie też odwiedzi?
– Nie oczekuję tego. Wolę, żeby poświęcił całą uwagę Erice. Ona tego potrzebuje.
– Ale nadal jesteście przyjaciółmi? – spytał.
– Oczywiście. Między nami nic się nie zmieniło – zapewniła.
– Może wybralibyśmy się kiedyś wszyscy razem, chociażby do kina? Chyba żebyś ty albo ktoś miał coś przeciwko…
– Dlaczego? To niegłupi pomysł.
– Trzymam cię za słowo. Wkrótce musimy się umówić.
            Gdy Andreas wrócił do domu, było już późno i wszyscy domownicy spali, na co wskazywały ciemne okna. Nie chciał nikogo budzić, ale bezskutecznie szukał przy sobie klucza. Musiał wcale nie zabrać go ze sobą.
            Wyciągnął telefon i zadzwonił do siostry. Wkrótce w oknie jej pokoju zapaliło się światło. Była zaspana i wściekła, gdy otworzyła mu drzwi.
– Czy nie byłbyś łaskaw zabierać ze sobą klucza, gdy masz zamiar tak późno wracać? – warknęła.
– Zapomniałem. Nie złość się – próbował ją uspokoić.
– Trzeba było obudzić rodziców.
– Siostrzyczko, ja wiem, że tylko na tobie mogę polegać… – Otoczył ją ramieniem.
– Tak? To powiedz mi, gdzie byłeś. Dopiero wróciłeś z zawodów, a już wybyłeś gdzieś na cały dzień. Co się z tobą dzieje? – Odepchnęła go od siebie.
– Ze mną? Może coś się dzieje…, ale czy wyglądam, jakby to było coś złego? – Cały czas nie mógł przestać się uśmiechać.
– To ta sama, dla której chciałeś nauczyć się tańczyć? – Szturchnęła go łokciem w żebra.
– Ta sama – odparł, poważniejąc.
– Kiedy ją poznamy? Już nie mogę się doczekać – powiedziała, zacierając ręce. Nie była już zła, ale za to całkowicie się rozbudziła.
– Kiedyś na pewno. Przyjdzie na to czas.
– Och, cieszę się, że mój młodszy braciszek w końcu się zakochał. – Potargała mu fryzurę. – Zaczynałam się obawiać, że ty może wolisz chłopców… – zawiesiła głos.
– O czym ty mówisz?! – prawie krzyknął. – Ja gejem?!
– Cii… Obudzisz rodziców. – Trzepnęła go w głowę.
– Au! To bolało. – Pchnął ją lekko.
– Przestań, bo wszystko wygadam mamie i nigdy więcej nie wstanę otworzyć ci drzwi w środku nocy – zastrzegła.
– Środek nocy? Czy ty czasem nie przesadzasz? – Spojrzał na godzinę. Dochodziła północ.
– Jutro też znikniesz na cały dzień? – spytała, zanim weszła do swojego pokoju.
– Zniknę, ale nie na cały dzień. Idę spać, bo jutro mam zamiar wcześniej wstać.
– Dobranoc. Niech ci się przyśni ta twoja…
– Martina – dodał, odchodząc.
            Następnego dnia niestety nie pamiętał, co mu się śniło. Wstał i krokiem lunatyka udał się do łazienki, ale musiał zaczekać aż się zwolni. Po kilku minutach wyszła z niej Julia. Andreas spojrzał na nią, mrużąc jedno oko.
– Wszystko w porządku? – spytał, patrząc na jej zapuchnięte oczy. Dziewczyna unikała jego wzroku.
– Źle spałam – odparła ochrypłym głosem i pociągnęła nosem. – Ciekawe przez kogo?! – W jej głosie wyczuł nutkę irytacji, dlatego nic już więcej nie mówił. – A ty chyba nadal śpisz. – Spojrzała na niego z litością i poszła do siebie.
            Co się stało z Julią? Czyżby nadal rozpaczała po rozstaniu ze swoim ostatnim chłopakiem? Wczoraj przecież nie wydawała się być smutna. Andreas nie wiedział, jak mógłby jej pomóc. Może by tak zapytać Martinę o radę? To chyba nie był taki zły pomysł.
            Po zjedzeniu śniadania szykował się do wyjścia, co bacznie obserwowała mama, ale nie odzywała się ani słowem. Odpowiedziała tylko na krótkie pożegnanie, które rzucił przed wyjściem.
            Padał deszcz, można nawet powiedzieć, że ulewny. Było szaro i ponuro. Zatrzymawszy się przed domem Martiny, truchcikiem podbiegł do drzwi i nacisnął dzwonek. Raz, drugi…
            W końcu drzwi się otworzyły i ujrzał zaspaną dziewczynę ubraną w piżamę.
– Cześć. – Otworzyła szeroko oczy na jego widok.
– Cześć – zmieszał się. – Obudziłem cię?
– Tak jakby. Ale to nic nie szkodzi, już dawno powinnam wstać. Wejdź! – Przepuściła go i z powrotem zamknęła drzwi na klucz.
– Pierwszy raz jestem u ciebie… – powiedział, rozglądając się po przytulnych wnętrzach.
– Jadłeś już śniadanie? – spytała.
– Tak, tak – odparł szybko.
– Ale napijesz się czegoś?
– Z tobą, zawsze.
– Chodź! – Zaprowadziła go do kuchni, gdzie nastawiła wodę w czajniku. – Masz tu wszystko. – Pokazała mu herbatę i kubki. – Zalej jak się zagotuje. Ja muszę ogarnąć pokój i siebie, żebyś się tak nie gapił. Tak wyglądam rano.
– Ładnie – wyszczerzył zęby.
– Jasne…
            Gdy wyszła, rozejrzał się po kuchni, ale nigdzie nie dostrzegł rodzinnych zdjęć ani niczego takiego. Poczekał więc cierpliwie na zagotowanie się wody, by zalać wrzątkiem herbatę, której zapach wypełnił całe pomieszczenie. Usiadł przy stole, ale nie musiał długo czekać na Martinę, która wróciła ubrana w dżinsy i dresową bluzę, lekko wymalowana i uczesana.
– Na pewno nie jesteś głodny? – spytała. – Nie chcę jeść sama, gdy ty będziesz siedział i się patrzył.
– Przykro mi, ale nie mogę się obżerać. Obowiązuje mnie dieta. – Rozłożył bezradnie ręce.
– Jesteś jakiś zamyślony – zauważyła, przygotowując sobie śniadanie.
– Masz rację. Pewna myśl nie daje mi spokoju. – Oparł podbródek na dłoni.
– Coś cię martwi? – Usiadła naprzeciwko niego.
– Wczoraj, gdy wróciłem do domu, rozmawiałem z moją siostrą. Była trochę wkurzona, że ją obudziłem, ale nic nie wskazywało na to, że jest smutna. Śmiała się nawet ze mnie, że w końcu się zakochałem. Dziś natomiast wstała jakaś przybita i wyglądała, jakby całą noc płakała. Trochę się o nią martwię. Myślisz, że jest zazdrosna? – spytał.
– O co? O ciebie? – zdziwiła się.
– Wiesz, ona miała chłopaka, ale odkąd się z nim rozstała, zupełnie się zmieniła. Nie wychodzi z domu, ma zmienne nastroje…
– Może jeszcze nie otrząsnęła się po rozstaniu… Potrzebuje czasu.
– Niepotrzebnie mówiłem jej o moim szczęściu.
– Dlaczego? Jest twoją siostrą i na pewno cieszy się razem z tobą. – Dziewczyna próbowała ukryć rumieniec wywołany jego słowami o szczęściu.
– Ale jak mogę jej pomóc?
– Nie wiem. Nie naciskaj i nie zmuszaj jej do zwierzeń. Możesz na przykład zabrać ją gdzieś, by nie była ciągle sama i trochę się rozerwała. Gdy będzie chciała, na pewno sama się przed tobą otworzy – doradziła.
– Ja wiem, że jestem tylko głupiutkim młodszym bratem, ale powinna wiedzieć, że zawsze może na mnie polegać.
– Ona na pewno o tym wie – zapewniła, kładąc rękę na zaciśniętej w pięść dłoni chłopaka. Rozluźnił uścisk i chwycił jej rękę.
– Chodź! Zabiorę cię do swojego królestwa. – Pociągnęła go za sobą. Posłusznie wstał od stołu, zabierając swój kubek z herbatą.
– Czekaj! Zaraz wyleję… – Gorąca jeszcze herbata wylała się na jego spodnie.
– Ty niezdaro! – Wzięła od niego kubek i pewnie ruszyła w górę po schodach. Andreas szedł za nią, powstrzymując się przed mamrotaniem cisnących się na usta przekleństw. Lecz gdy tak szedł, spoglądał na nogi dziewczyny, na łydki, uda i w końcu na pupę. Miał ochotę uszczypnąć ją w pośladek, ale w porę przypomniał sobie, że niosła dwa kubki gorącej herbaty, choć ręka bardzo go świerzbiła.
– Możesz otworzyć drzwi?
– O, oczywiście! – Wrócił do rzeczywistości.
            Przepuścił dziewczynę w drzwiach, a potem sam wszedł, rozglądając się z zainteresowaniem po pokoju. Na łóżku zauważył pluszaka.
– Śpisz z misiem? – Porwał maskotkę w objęcia. – Słodziutki.
– Nie śmiej się. Sam pewnie też śpisz z maskotką. – Nie śmiała się z  jego wygłupów.
– Skąd wiedziałaś? Jakoś nie umiem się rozstać z moim misiem-pysiem.
            Martina pokręciła głową z niedowierzaniem.
– No co? Wygłupiam się tylko. Ale z misiem śpię naprawdę – spoważniał.
– Nie uważam, że to coś krępującego. Mój pluszak zna wszystkie moje sekrety i nie umiem tak po prostu go wyrzucić.
– Szkoda, że on nie umie mówić, bo pewnie zdradziłby mi jakąś twoją tajemnicę – westchnął.
– Nie zdradziłby. Jest wobec mnie lojalny. Oddaj go, robisz mu krzywdę.
            Posłusznie posadził maskotkę na łóżku.
– Fajnie byłoby być na jego miejscu… – Usiadł na skraju łóżka. Spojrzał na swoje oblane spodnie, ale na szczęście już prawie wysychały. – O! – zauważył rysunki Martiny na tablicy. – Powiesiłaś mnie obok Maksa. To znaczy moje zdjęcie obok jego… portretu? – Wstał i podszedł do ściany, żeby się lepiej przyjrzeć.
– Tylko mi nie mów, że jesteś zazdrosny. – Splotła ręce na piersi.
– Nie, nie jestem. Masz prawo mieć przyjaciela. – Podszedł do niej i otoczył ją ramieniem. – Co będziemy robić? – przekrzywił głowę, czekając na propozycję.
– Nie wiem, co mogłabym ci zaproponować. Na pewno musimy tu zostać. Nie mam ochoty wychodzić  w taką pogodę.
– Widzę laptop. Może obejrzymy jakiś film?
– Niech będzie. Ty wybierasz.
– Naprawdę? Mogę?
            Kiwnęła twierdząco głową.
– To brzmi podejrzanie i pewnie zabijesz mnie, gdy wybiorę coś nie w twoim typie. Założę się, że masz ochotę na komedię romantyczną. – Pstryknął palcami, wyrażając pewność, że trafił w dziesiątkę.
– Yy… Miałam nadzieję, że wybierzesz coś innego.
– Da się zrobić.
            Ostatecznie obejrzeli obojgu znany horror, ale i tak dobrze się bawili. Przynajmniej Andreas, który mógł leżeć na łóżku Martiny z dziewczyną opierającą głowę na jego piersi. Głaskał ją po ramieniu i w ogóle bardziej skupiał się  na niej samej niż na filmie.
            Gdy na ekranie pojawiły się napisy, odstawił laptop na bok, ale nie pozwolił dziewczynie się odsunąć. Przekręcił się na bok i wspierając się na jednym ramieniu, w drugiej ręce trzymał dłoń dziewczyny. Jej twarz była tak blisko, że mógł widzieć każdy jej szczegół, każdą drobną zmarszczę wokół ust, w kącikach oczu i na czole. Musnął wargami te miejsca. Dłużej zatrzymał się na ustach.
            Całował ją coraz zachłanniej, przyciągając bliżej siebie. Ramię trochę mu cierpło, dlatego położył się na plecach, ciągnąc dziewczynę za sobą tak, że leżała mu na piersi. Odgarniał jej długie włosy, które opadały mu na twarz.
            W całym ciele czuł nasilające się gorąco, ale nie mógł przestać. Wsunął dłonie pod jej ubranie i gładził ciepłą skórę. Czuł pod palcami wypukłości żeber, aż zawędrował na wysokość zapięcia od stanika. Znowu przekręcił się tak, że dziewczyna leżała pod nim. Zszedł ustami niżej, całując szyję i okolice obojczyków. Pod wpływem dotyku jej dłoni, które wędrowały po jego plecach, karku i głowie, miał dreszcze.
– Przestań! – Usłyszał cichy, nieśmiały szept dziewczyny i natychmiast się odsunął. – Przygniatasz mnie – powiedziała, patrząc na niego niepewnie.
            Uniósł się na ramionach, ale nie chciał się oddalać od niej nawet na centymetr. Wyglądała ślicznie, taka zarumieniona, z błyszczącymi oczami. Odchrząknął, ale nic nie powiedział. Bał się, że posunął się za daleko, popełniając jakiś nietakt. Nie miał pojęcia o związkach. Może istniały jakieś określone reguły, jak należy postępować, jak się zachowywać? Ale czy to miało znaczenie? Czuł przepełniającą go miłość do Martiny, o ile w ogóle wiedział, co to jest miłość, ale chciał jej to powiedzieć. Żeby wiedziała. Czy jakieś bzdurne reguły mają go ograniczać? Czy to za wcześnie, nie w takich okolicznościach…
– Kocham cię – powiedział ledwo słyszalnym głosem. Jednak wiedział, że go zrozumiała, bo prawie zachłysnęła się wdychanym powietrzem. Patrzyła na niego, mrugając oczami. Pogłaskała go delikatnie po policzku, ale nic nie powiedziała. Nie spodziewał się, że odpowie mu tym samo i wcale tego nie oczekiwał. Czuł przecież, że też go kocha. Nie musiała mu tego mówić, jeśli nie była jeszcze na to gotowa. Ważne, że wiedziała.
            Andreas wstał i podał jej rękę.
– Chyba musisz się zbierać do pracy. Odwiozę cię.
– O! Faktycznie! – Uderzyła się dłonią w czoło, patrząc na zegarek. – Muszę się przebrać. – Wyjęła z szafy jakieś ubrania i wybiegła do łazienki.
            Wellinger cierpliwie czekał na jej powrót.
– Jeszcze minutka! – rzuciła i zabrała z podłogi laptop, wyłączając go. Spakowała torebkę i chwyciła puste kubki po herbacie. – Możemy iść.
            Ruszył za nią bez słowa. Patrzył jak ubierała buty, stał przy niej, gdy zamykała drzwi do domu, biegł za nią w stronę samochodu. Nic nie mówił.
            Jechali w milczeniu. Na miejscu nawet nie zgasił silnika.
– Przyjechać potem po ciebie? – zapytał.
– Nie, mama o mnie zadba – zapewniła.
– Czyżbyś się z nią pogodziła?
– Powiedzmy, że jesteśmy na neutralnej stopie.
– Dobrze. Więc… do zobaczenia.
            Już miała wysiąść, gdy na powrót zagłębiła się w fotel. Chwyciła go za rękę, nie patrząc w jego kierunku. Czekał…
– Ja ciebie też – szepnęła mu cichutko wprost do ucha. Owionął go zapach jej perfum i czuł bolesny ucisk w żołądku, który wcale nie był nieprzyjemny. Zdecydowanie przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował w usta.