„Byłam głupia, myśląc, że uda mi się ukryć przed nim przeszłość i
to, jaka naprawdę jestem. Niestety, sielanka nie mogła trwać w nieskończoność…”
Martina
chyba po raz tysięczny spojrzała w lustro, sprawdzając czy dobrze wygląda.
Właśnie przygotowywała się do wyjścia do
klubu z Andreasem, a także z jego siostrą oraz z Maksem i Eriką. Wahała się co
do wyboru butów i przymierzała na zmianę dwie pary, próbując zdecydować, które
są wygodniejsze, gdy rozdzwonił się telefon.
–
Hej! Jedziecie już? – rzuciła, widząc kto dzwoni.
–
Właśnie wyjeżdżamy… O Boże! Ostrożnie, bo uszkodzisz moje maleństwo! – krzyknął
niespodziewanie. Dziewczyna aż podskoczyła i odsunęła telefon od ucha.
–
Wszystko w porządku? – spytała niepewnie.
–
Przepraszam, to nie było do ciebie. Widzimy się za dziesięć minut. Mam
nadzieję… – rozłączył się.
Martina spojrzała na swój telefon,
robiąc wielkie oczy ze zdziwienia. Schowała go do torebki, którą przewiesiła
przez ramię i wzruszając ramionami, na powrót spojrzała w lustro. Uśmiechnęła
się do swojego odbicia, bo wyglądała dobrze. A co tam! Bardzo dobrze. Krótka i
obcisła granatowa sukienka leżała na niej prawie idealnie. Włosy tradycyjnie
upięła, żeby jej nie przeszkadzały. Nie miała zamiaru przesadzać z biżuterią
ani makijażem, lecz pozwoliła sobie użyć intensywnie czerwonej szminki pod
kolor paznokci. A co do butów, postanowiła zostawić te, które aktualnie miała
na sobie. Najważniejsze, żeby dodawały jej choć kilka centymetrów wzrostu.
Wychodząc z pokoju, złapała jeszcze
czarną marynarkę, bo, mimo że było ciepło, to jednak zapadała noc.
Cichutko stąpała po schodach, żeby
rodzice jej nie usłyszeli, choć wcale nie chciała wymykać się bez ich wiedzy.
Na dole przylgnęła plecami do ściany tuż przy drzwiach do pokoju, gdzie
siedzieli. Po dochodzących z pomieszczenia dźwięków doszła do wniosku, że pewnie jak zwykle przed snem
oglądali telewizję. Nie rozmawiali. Martinę coś ścisnęło w żołądku na myśl, że
nic ich nie obchodziła. Teraz rzuci jakiś banał na pożegnanie ot tak, dla
zasady. I po prostu wyjdzie nie wiadomo dokąd ani z kim. Zapewne mama tylko
potwierdzała swoją teorię, że jej córka zachowuje się jak jakaś „latawica”.
–
Wychodzę! – krzyknęła po usłyszeniu zajeżdżającego samochodu.
–
Weź klucz, jeśli masz zamiar wrócić późno! – odparła tylko mama.
Słowa, słowa… Bez znaczenia… Martina
chciała nie myśleć dzisiaj o takich rzeczach, lecz dobrze się bawić. Tylko ten
dziwny ucisk w żołądku wcale nie chciał ustąpić, a dłonie lekko się pociły. To
nic! Za chwilę o wszystkim zapomni.
Andreas czekał na nią przy otwartych
drzwiach swojego samochodu, a za kierownicą siedziała bardzo ładna blondynka –
zapewne jego siostra. Chłopak uścisnął ją na powitanie i przepuścił pierwszą na
tylne siedzenie, gdzie sam też zajął miejsce.
–
To właśnie jest moja siostra, Julia. Od dawna chciała cię poznać – powiedział.
–
Cześć. Miło mi. – Blondynka odwróciła się, wyciągając dłoń w kierunku Martiny.
–
Hej, mnie też miło. Muszę powiedzieć, że jesteście do siebie bardzo podobni. –
Uścisnęła wyciągniętą dłoń.
–
Mówią, że cała nasza trójka jest do siebie bardzo podobna, ale ja tam nie wiem…
Zawsze uważałam Andreasa za odmieńca. – Posłała mu słodki uśmieszek.
–
Ej, ej! Już się zaczyna! Ona zawsze musi się ze mnie wyśmiewać – zwrócił się z
żalem do Martiny.
–
Wiesz, że cię kocham, braciszku. – Wystawiła mu język. – I wiesz co? Wszystko
już wiem… – zawiesiła głos. – Rozumiem dlaczego tak oszalałeś na punkcie
Martiny.
–
Ty lepiej nic nie mów, tylko ruszaj w drogę, bo nigdy nie dotrzemy na miejsce –
zbeształ ją.
Martina przysłuchiwała się ich
przekomarzaniom z lekką zazdrością, bo sama nigdy nie miała nikogo takiego, z
kim mogłaby się wygłupiać, żartować i od czasu do czasu pokłócić.
–
Jestem zaskoczona, że Andreas pozwolił komuś prowadzić swoje ukochane autko.
Fascynuje mnie, jak on o nie dba. Szczerze, to ja chyba nigdy nie zauważyłam w
środku choćby najdrobniejszego pyłku – powiedziała Martina.
–
Od początku żałuję tej decyzji – odpowiedział załamany, rozkładając bezradnie
ręce.
–
To pierwszy raz i jestem z niego bardzo dumna, że w końcu się przełamał –
powiedziała Julia, ruszając w drogę.
–
Módlmy się! – Andreas westchnął, wznosząc oczy ku górze.
–
Cicho tam! Muszę się skupić! – krzyknęła Julia.
Jechali więc w ciszy. Martina
siedziała na swoim miejscu, patrząc na ciemniejące ulice, gdy Andreas przysunął
się do niej, chwytając ją za rękę. Droga nie była daleka, ale tak monotonna, że
myśli Martiny zaczęły sobie swobodnie wędrować. Nagle wydało jej się, że jest
dużo młodsza i właśnie jedzie ze swoim ojcem. Gdy Julia gwałtownie zahamowała,
szarpiąc samochodem, z siłą chwyciła Andreasa w okolicy kolana, wbijając mocno
paznokcie w jego udo.
–
Jesteśmy na miejscu – oznajmiła uradowana Julia, wyrywając Martinę z transu.
–
Cud, że żyjemy – ponuro dodał Andreas, patrząc cały czas na dziewczynę, która
pospiesznie zabrała swoją rękę z jego nogi.
–
Wszystko w porządku? – szepnął, gdy wysiedli.
–
Tak, nie przejmuj się – przełknęła ślinę. – Dziś jakoś dziwnie się czuję, ale
to nic. – Spróbowała się uśmiechnąć.
Przed wejściem do klubu spotkali się
z Maksem i Eriką, którzy już jakiś czas na nich czekali. Wszyscy zaczęli się
witać i sobie przedstawiać, zanim weszli do środka, gdzie pochłonął ich tłum
bawiących się ludzi. Martina starała się nie myśleć o wcześniejszym incydencie.
Andreas nie chciał wypuścić jej z
rąk, ale Martina kątem oka widziała samotną Julię siedzącą przy barze, dlatego
też wypchnęła chłopaka, żeby poszedł choć na chwilę zająć się siostrą.
–
Nie zaprzątajcie sobie mną głowy. – Machnęła ręką Julia. – Ja tutaj mam
towarzystwo. Wszyscy koniecznie chcą mi postawić drinka, gdy akurat nie mogę
pić. Masz, Andi. – Podsunęła mu szklankę. – Wypij, skoro naprawdę będę musiała
z tobą tańczyć. Może to cię choć odrobinę rozluźni i nie będziesz się poruszał
jak drewniany pajac.
–
Martina, powiedz coś. Chociaż ty stań po mojej stronie… – Spojrzał na nią
błagalnie.
–
Jesteś cudownym tancerzem – powiedziała,
obejmując go w pasie.
–
Wiedziałem… – powiedział z dumą i pocałował ją w policzek. – Zaraz tu do ciebie
wrócę – szepnął jej do ucha, łaskocząc gorącym oddechem.
–
Nie spiesz się – odparła.
Jednym haustem dokończył drinka,
krzywiąc się przy tym i pociągnął siostrę na parkiet. Martina obserwowała, jak
się wygłupiał, lecz po chwili jej wzrok powędrował do innej pary. Erika i Max
ciasno się obejmowali i coś sobie szeptali, spoglądając czule w oczy. Wyglądali
uroczo. Martina nie czuła się ani odrobinę zazdrosna, bo chyba rzeczywiście nigdy
nie była naprawdę zakochana w Maksie. Z Andreasem było zupełnie inaczej.
Fascynował ją i pociągał także fizycznie i zawsze umiał ją rozśmieszyć,
przytulał, gdy tego potrzebowała i czasem był bardzo uroczy w swojej niezdarności.
Podziwiała go też za to, co robił, będąc skoczkiem.
Musiała przerwać swe rozmyślania, bo
przysiedli się do niej Max z Eriką.
–
Zauważyliśmy, że siedzisz sama, więc przyszliśmy trochę odsapnąć. – Max położył
rękę na jej ramieniu.
–
Idę do toalety – oznajmiła Erika. – Martina, pójdziesz ze mną? – spytała,
ciągnąc ją i nie czekając wcale na odpowiedź.
–
OK? – rzuciła zdziwione spojrzenie Maksowi. On tylko wzruszył ramionami.
–
Dlaczego od początku wydajesz mi się być smutna? – spytała Erika, gdy znalazły
się same. – Bawisz się, uśmiechasz, ale to wszystko gra. Ja to widzę, Max też i
Andreas również uważnie ci się przygląda. Twoje oczy nie umieją kłamać.
–
Daj mi spokój, proszę! Każdy może mieć czasem gorszy dzień. Ty chyba powinnaś
mnie rozumieć. Zresztą ja niczego nie udaję. – Martina spojrzała w lustro i
opłukała dłonie lodowatą wodą. Nie rozumiała, dlaczego akurat dzisiaj musiał
dopaść ją głupi wewnętrzny niepokój?
–
Uśmiechnij się chociaż, bo wracamy.
–
Idź sama, ja zaraz przyjdę. – Uśmiechnęła się, żeby przyjaciółka nie patrzyła
na nią z taką podejrzliwością.
Potem wymknęła się do szatni, skąd
zabrała marynarkę i wyszła na balkon, żeby się otrzeźwić, choć nie wzięła do
ust ani jednej kropli alkoholu. Było tam kilka osób, które paliły papierosy,
ale ona stanęła z boku, opierając się o balustradę i próbowała oczyścić umysł z
myśli. Oddychała głęboko nocnym powietrzem i powoli się uspokajała.
Wzdrygnęła się, gdy poczuła czyjąś
dłoń na swoim ramieniu.
–
Tutaj jesteś. – To była Julia. – Andreas cię szuka.
–
Wyszłam na chwilę na świeże powietrze.
–
Ja też tego potrzebowałam. Andi tak mnie wyszarpał, że mam dość – westchnęła. –
Wiesz, mój braciszek naprawdę się w tobie zakochał, ale ukrywa to przed
wszystkimi w domu. Masz szczęście, bo… dobry z niego chłopak, choć czasem
zachowuje się jak dzieciak. Musisz mieć coś w sobie, że udało ci się skraść
jego serce. – Przerzuciła przez ramię długie włosy.
–
Nie wydaje mi się, żebym była wyjątkowa. – Wręcz przeciwnie, uważała się za wyrzutka.
– Kocham twojego brata – wyznała.
–
To dobrze. Możesz mu zaufać. – Mówiąc to, spojrzała jej głęboko w oczy. Martina
bała się, że z łatwością odkryje to, że nie do końca ufała Andiemu. Bo gdyby
tak było, to przecież nie miałaby przed nim żadnych tajemnic. – Wpadnij do nas
kiedyś. W przyszłym tygodniu urządzamy Andiemu urodziny. To ma być
niespodzianka, więc byłoby mu miło, gdybyś też przyszła.
–
Ojej! Byłabym zapomniała! – przestraszyła się. – Jeszcze nie mam prezentu ani
nawet pomysłu… – Spojrzała na Julię, szukając u niej pomocy.
–
Nie przejmuj się tym. On ucieszy się wszystkim. – Machnęła ręką.
–
Bardzo mi pomogłaś – skrzywiła się.
–
Daj mu coś od siebie. Na pewno wpadniesz an jakiś świetny pomysł.
Ledwo skończyła to mówić, gdy obok
nich, jak spod ziemi, wyrósł Andreas.
–
Tu się przede mną schowałyście. – Zaczął iść w stronę Martiny, lecz potknął się
o własne nogi. – Ach! Niezdara ze mnie. – W końcu udało mu się objąć
dziewczynę.
–
Czy ty jesteś pijany? – spytała.
–
Co ja poradzę, że mam taką słabą głowę, nieprzyzwyczajoną do picia. A ta ciągle
coś mi podsuwała… – powiedział szczerze, patrząc oskarżycielsko na siostrę.
–
Lepiej zostawię was samych. – Posłała mu niewinny uśmiech i poszła sobie.
–
Nie gniewaj się na mnie. – Spojrzał skruszony na Martinę.
–
Jeszcze się nie gniewam, ale te drinki mogłeś sobie darować! – Spojrzała na
niego.
–
Więcej nie będę, bo w końcu nie wyszedłbym stąd o własnych siłach – zaśmiał
się, bo wiedział, że przesadza. Wcale nie było z nim tak źle, co przecież
widziała Martina.
–
Cały czas się wygłupiasz. – Próbowała rozluźnić uścisk, w jakim ją trzymał.
–
Jestem całkiem poważny i gdy tak patrzę na twoje czerwone usta, mam ogromną
ochotę cię pocałować, lecz boję się, że… yyy… zniszczę ten śliczny efekt. – Przygryzał
dolną wargę i wpatrywał się w nią intensywnie tymi swoimi błękitnymi oczami.
Wyglądał przy tym dość śmiesznie i Martina nie mogła ukryć rozbawienia.
–
Przestań pożerać mnie wzrokiem. – Zakryła mu oczy dłonią.
–
Co ja poradzę, że wyglądasz tak ślicznie? – odsunął jej rękę i przywarł ustami
do szyi.
–
Przestań, wariacie – ze śmiechem protestowała dziewczyna. – To łaskocze!
Zaczął całować ją po dekolcie i po
odsłoniętych ramionach. Można powiedzieć, że automatycznie objęła go za szyję i
wtuliła twarz w jego włosy. To nic, że były ułożone na żelu, a balkonowa
barierka wpijała się jej w ciało. Andreas pachniał jak zwykle bardzo przyjemnie
i Martina wcale nie chciała, żeby przerywał to, co robił, ale ktoś musiał
zachować choć odrobinę rozsądku.
–
Andi, nie przy ludziach.
–
Mm… Straciłem poczucie rzeczywistości. – Oderwał się od niej, ale miała
wrażenie, że robi to niechętnie. – Teraz pewnie powiesz, że powinniśmy wrócić
do reszty… – westchnął. – W końcu mieliśmy się „integrować” – dodał po namyśle.
–
Sam to wymyśliłeś. Teraz nie narzekaj – powiedziała.
–
Dobrze. Idziemy. – Podał jej rękę.
Resztę
towarzystwa zastali przy barze, gdzie dziewczyny właśnie serdecznie śmiały się
z żartu opowiedzianego przez Maksa. Julia nawet prawie się popłakała. Andreas
zapewne także chciał zabłysnąć, bo zaczął opowiadać kawał, ale sam wybuchnął
takim śmiechem, że nie był w stanie go dokończyć. Mimo to śmiali się wszyscy,
zarażeni jego nieopanowaną wesołością.
–
Andi Wellinger?! Tak myślałam, że to twój śmiech rozbrzmiewa po całej sali. – Na
ramieniu chłopaka uwiesiła się jakaś mocno wymalowana wysoka blondynka. – Cześć
wszystkim!
Martina zauważyła, jak Julia
przewraca oczami, jakby znała tę dziewczynę i jakby nie była zadowolona z jej
obecności. Zresztą jej samej też wydawała się znajoma.
–
Cześć Sandra! – przywitał się Andreas. – To moja dobra znajoma. Stała
bywalczyni tego miejsca – wyjaśnił reszcie.
O nie! Martina na dźwięk tego
imienia doznała nieprzyjemnego olśnienia. Wiedziała już skąd zna tę dziewczynę.
To była TA Sandra, przez którą musiała zmienić szkołę, bo JEJ nieustające
docinki i komentarze o mało co nie doprowadziły jej do załamania. Martina nie
mogła ogarnąć tego, że akurat Sandra musiała być „dobrą znajomą” Andreasa.
Dlaczego musieli się tu dziś spotkać? Dziewczyna poczuła, że każdy mięsień jej
ciała jest napięty do granic możliwości, jakby jej ciało gotowało się do
ucieczki. Może wcześniejszy zły nastrój był zapowiedzią tego, co dopiero
nastąpi?
–
Nie przedstawisz mi twoich znajomych? – Spojrzała wymownie na Wellingera.
–
Bardzo chętnie – odparł chłopak, a Martina próbowała ukryć drżenie rąk na myśl,
że Sandra zaraz ją rozpozna. – To jest moja dziewczyna, Martina. – Przyciągnął
ją bliżej siebie. – A to jej przyjaciele: Max oraz jego dziewczyna, Erika.
Julię znasz.
–
To taka podwójna randka? Słodko! Ale czekaj! Martina? – Wbiła wzrok w blednącą
dziewczynę. – Czy my się czasem nie znamy? – zastanawiała się na głos. – Wiem!
Jesteś Martina… Lorenz? Chodziłyśmy razem do szkoły? Do tej samej klasy. – Zmrużyła
oczy, cały czas uważnie się jej przyglądając.
–
Faktycznie. – Martina udała, że coś sobie przypomina. – Wydawało mi się, że
kogoś mi przypominasz… – Próbowała przywołać uśmiech na twarzy, ale chyba jej
nie wyszło.
Sandra coś tam mówiła do Andreasa, a
Martina miała ochotę zniknąć.
–
Coś nie tak? – Max trącił ją łokciem. Szybko potrząsnęła przecząco głową, nawet
na niego nie patrząc.
–
Powinniśmy oblać nasze spotkanie! – krzyknęła Sandra. – Kto chętny?
Julia i Max od razu wykręcili się
tym, że prowadzą.
–
Ja też nie piję – powiedziała Martina. I od razu poczuła na sobie świdrujący
wzrok Sandry.
–
Dlaczego? – zdziwiła się na początku. – Ojej! – Palnęła się dłonią w czoło. –
Ale jestem głupia, przecież ty nie chcesz być jak twój tatuś. Zapewne boisz
się, że masz to w genach… Masz rację, lepiej nie ryzykować – powiedziała to w
taki sposób, żeby nikt nie miał złudzeń, kim był jej ojciec.
Pod Martiną ugięły się nogi.
Dlaczego musiała wyjechać z czymś takim? Nic się nie zmieniła… W dziewczynie
kumulowała się złość.
–
Czy ty nigdy nie dasz mi spokoju?! Spotykamy się po kilku latach, a ty dalej to
samo! Nie mogłabyś odpuścić? To, jaki jest mój ojciec i co dostałam od niego w
genach to mój interes – wybuchła, po czym biegiem skierowała się do wyjścia.
Słyszała, że wołał ją Andreas i pewnie chciał ją zatrzymać, ale gdy znalazła
się na zewnątrz, nikt za nią nie wyszedł.
Przykucnęła, bo miała wrażenie, że
zaraz zemdleje. Cały świat wirował wokół niej w coraz szybszym tempie. Ktoś
objął ją mocno i przytulił. To był Max.
–
Zepsułam wam zabawę – powiedziała.
–
Tym się nie przejmuj. – Pogłaskał ją po głowie.
–
Pójdę już do domu. – Wyprostowała się, bo zaczęły jej cierpnąć nogi.
–
Pójdziesz? Chyba oszalałaś. Zaraz cię odwiozę.
–
Chcę się przejść – zaprotestowała.
–
Taki kawał drogi i w tych butach? – Spojrzał na nią wątpiąco.
–
Chcę być sama… – Usta zaczęły jej niebezpiecznie drżeć i bała się, że zaraz
wybuchnie płaczem.
–
Tak myślałem, dlatego zatrzymałem Andreasa, który koniecznie chciał za tobą
biec. Posłuchał i postanowił rozprawić się z tą całą Sandrą.
–
Max, ja od razu ją rozpoznałam. Myślałam, że może ona mnie nie pamięta… W
szkole cały czas nie dawała mi spokoju. A miałam takie przeczucie… Mogłam z
wami nie iść. – Czuła się taka zmęczona.
–
To nie twoja wina. Skąd mogłaś wiedzieć, że tak się to wszystko skończy? Chodź,
podwiozę cię.
–
Ale nie pod sam dom, proszę… – Chciała uspokoić myśli, spacerując, a nie
przewracając się na łóżku z boku na bok
– Niech ci będzie.
Spełnił jej prośbę, ale musiała zapewnić
go, że będzie ostrożna, a ona kazała mu przeprosić wszystkich, w szczególności
Wellingera.
Gdy została sama, ruszyła wolnym
krokiem przed siebie pustą ulicą. Nie zaszła daleko, bo widząc kamienny murek,
przysiadła na nim. Wszystkie mięśnie ją bolały, szczękała zębami, ale nie z
zimna. Może Sandra miała rację? Nie piła, bo bała się, że będzie jak ojciec…
Dlaczego wszystko musiało się psuć?
Ostatnio naprawdę czuła się szczęśliwa, zakochana i nawet chciała kiedyś powiedzieć
wszystko Andiemu, ale nie w taki sposób. Głupio zrobiła, że tyle z tym
zwlekała, bo i tak nie udawało jej się ukryć prawdy o przeszłości, o tym, że ma
problem. Prawda cały czas po odrobinie wychodziła na jaw. Jak w ogóle mogła
myśleć, że chwile szczęścia będą trwały wiecznie?
Dostrzegła, że niebo się rozjaśnia i
za niedługo zacznie wschodzić słońce. Powietrze stało się chłodniejsze,
bardziej ożywcze. Ruszyła więc dalej, lecz nie mogła przestać myśleć. Była zła
na samą siebie, choć plusem było to, że zareagowała i odpowiedziała Sandrze.
Gdy mijała mały całodobowy sklepik,
nie mogła się oprzeć. Kupiła trzy butelki czerwonego wina z zamiarem porządnego
upicia się.
W domu na paluszkach udała się do
pokoju, gdzie położyła się na łóżku. Wyłączyła telefon, który zaczął uparcie
dzwonić – nie chciała z nikim rozmawiać. Leżała tak pewnie z kilka godzin,
patrząc w sufit. Dopiero gdy miała pewność, że rodzice już wyszli, zeszła do
kuchni, wyjęła kieliszek i choć po pierwszym łyku odrobinę się skrzywiła, potem
przestała odczuwać smak napoju. Siedziała przy stole ubrana elegancko, bo nie
pomyślała nawet, żeby zdjąć buty na obcasie. Czuła gorące łzy spływające po
policzkach, rozmazujące makijaż i skapujące na blat stołu, tworząc małą kałużę.