poniedziałek, 16 grudnia 2019

#5


„Zgodziła się na jeden taniec, który był dla mnie jak szansa. Być może jedyna, dlatego musiałem ją wykorzystać.”

            Impreza zorganizowana przez Wanka bez konkretnej okazji stała się okazją samą w sobie do zaproszenia wielu skoczków i całego mnóstwa innych ludzi, którzy właśnie szaleli  w wynajętym lokalu i bawili się do upadłego. Tylko Andreas Wellinger siedział przy barze i patrzył tępo na podskakujący w rytm ogłuszającej muzyki tłum, a raczej plątaninę ciał. Sączył tego samego drinka już od godziny, a wszystko dlatego, że miał słabą głowę do alkoholu. Zresztą picie nie dawało mu przyjemności.
– Co cię gryzie? – spytał Karl, który nagle pojawił się tuż obok Andreasa.
– Mnie? Nic takiego. Myślę – odpowiedział, nawet nie spoglądając na swojego rozmówcę.
– Przecież widzę. Jesteś jakiś inny – drążył Karl.
– Nie udawaj głupiego. Pewnie i tak wiesz i właśnie mnie podpuszczasz. – Andreas był pewien, że Wank rozpowiedział już o ich rozmowie telefonicznej.
– Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi? – Zmarszczył czoło.
– Hm… Ciekawe. – Andreas ufał kumplowi, ale wiedział, że starszy kolega o tym samym imieniu lubił czasem z niego kpić.
– Co jest takie ciekawe? – Karl spojrzał na niego, jakby zupełnie oszalał.
– Nic takiego. – Pokręcił głową. – Wiesz co? – Wpadł nagle na pewien pomysł. – Co robisz w przyszłą sobotę? – spytał.
– Chyba nic. Jeszcze nic. Potem zaczynamy treningi. – Karl wyglądał na coraz bardziej zdezorientowanego.
– Mam do ciebie ogromną prośbę. Czy nie wybrałbyś się ze mną na pewną imprezę? Coś w rodzaju festynu z wieczorną potańcówką – wyjaśnił.
– Dlaczego chcesz, żebym z tobą poszedł?
– Potrzebuję towarzystwa. Nie chcę iść tam sam.
– A gdzie to ma być?
– U mnie – odparł.
– Nie pójdziesz z rodziną? – Znowu się zdziwił.
– Nie. To znaczy, oni pewnie też tam będą, ale… – zawahał się, bo już sam nie wiedział, co chce  powiedzieć.
– Dobrze, pójdę z tobą – westchnął Karl.
– Świetnie! To jesteśmy umówieni. – Andreas miał ochotę uściskać kumpla.
– Na co się umawiacie? – Nagle skądś pojawił się Wank. – I dlaczego beze mnie?
– Tak sobie rozmawiamy – wyjaśnił Wellinger, chcąc szybko zakończyć temat. Nie chciał wtajemniczać w swoje plany nikogo więcej.
– Coś knujesz. – Wank nie dał się zwieść. – Pewnie chodzi o tę twoją dzierlatkę. Ups! – Spojrzał na Karla, który nie zareagował na tę nowinę.
– Wiecie co? Zostawię was, żebyście spokojnie mogli mnie obgadywać. Nie krępujcie się. – Odstawił z hukiem pustą szklankę i skierował się do wyjścia, przeciskając się przez bawiący się tłum.
– Zaczekaj, Andi! – zawołał Wank i ruszył za nim. – Nikomu nic nie powiedziałem! – krzyknął, gdy znaleźli się poza budynkiem. – Kiedy się wygłupiam, to się wygłupiam, ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
– Wiem, tylko czasem strasznie mnie wkurzasz. – Zrobił gest, jakby chciał uderzyć kolegę, ale w ostatniej chwili zahamował rozpędzoną pięść i w zamian za to zwyczajnie po przyjacielsku się poklepali.
– Widzimy się w sobotę? – spytał.
– Chyba tak… Choć ja nawet nie wiem o co chodzi. – Bezradnie rozłożył ręce.
            Wellinger opowiedział mu więc, w jaki sposób skorzystał z jego rady i jak wreszcie udało mu się spotkać dziewczynę. Pominął tylko wzmiankę o tym, że zrobił z siebie kompletnego głupka. Wyjaśnił też, że sobotnia impreza może być okazją do ponownego spotkania.
– Do czego my będziemy ci potrzebni? – spytał w końcu Wank.
– Nie chcę być tam sam – odparł bez żadnego dodatkowego komentarza.
– Przynajmniej obczaję sobie tę Martinę. – Ucieszył się starszy Andreas.
– Musiałbyś widzieć jak rysuje. To dopiero jest coś! – Gdy o niej mówił, czuł jak budzi się w nim szczery entuzjazm. – Jest też coś, co mnie martwi, ponieważ zdaje mi się, że ma jakiś problem, który ją trapi – wyznał. – To sprawia, że chciałbym wziąć ją w ramiona, mocno przytulić i nigdy już nie wypuszczać – dodał  w myślach.
            Wellinger widział uśmiech na twarzy Wanka, który jednak nie był kpiący. A nawet jeśli, to co? Nie mógł się zakochać? Teraz nie był już w stanie ukryć uczuć, które nim targały. Nawet w domu wszyscy się domyślali, ale im na razie nie chciał niczego zdradzać. Wystarczyło samo to, że mama każdego ranka podczas śniadania głaskała go po głowie, pytając, czy wszystko w porządku, a siostra poszturchiwała.
            Gdy wreszcie nadeszła ta oczekiwana sobota zjawili się Wank z Geigerem, wprowadzając atmosferę zamieszania. Razem udali się na rynek, gdzie wpadli w wir atrakcji, przeciskając się przez ogromny tłum ludzi. Andreasowi ciężko było wypatrzeć tę jedyną twarz. Oczywiście zobaczył ją w końcu przy stoisku z lodami w towarzystwie Eriki oraz nieodstępującego ich ani na chwilę Maksa.
– To ona. Ta blondynka. – Pokazał kumplom.
– Mogę coś powiedzieć? – spytał Wank, przyglądając się dziewczynie.
– Może lepiej nie – zaprotestował Karl.
– Dlaczego nie? – zdziwił się Andreas. – Niech mówi, niech krytykuje. Proszę, co chciałeś powiedzieć? – spojrzał na niego, wyczekując odpowiedzi.
– Nie mam zamiaru krytykować, bo po co? Ładna z niej dziewczyna. Ta brunetka też niczego sobie… Ale wiesz co, Andi? – spojrzał na niego, na nią i jeszcze raz na niego.
– Co?! – zniecierpliwił się Wellinger.
– Wankowi chyba chodzi o to, że ona jest dość drobna i… niska – wyjaśnił Karl.
– Jakie to ma znaczenie?! – wybuchnął Wellinger, a Wank tylko wzruszył ramionami.
– Wank, on ma rację. To nie ma znaczenia. Chociaż to może być zaleta, gdyż z łatwością będzie ją mógł nosić na rękach – powiedział Karl, przyglądając się dziewczynie.
– Nie będę wnikał w to, czy będziecie nosić swoje dziewczyny na rękach, czy nie. Myślę jednak, że powinniśmy ruszyć tyłki i kupić sobie lody. – Wyszczerzył zęby do Wellingera.
– Idźcie sami. Ja tu zaczekam – odpowiedział szybko. Nie chciał znowu zrobić z siebie błazna, dodatkowo wygłupić się przed tym jej chłopakiem oraz swoimi kumplami. Wolał poprzyglądać się z odległości i w myślach podziwiać urodę dziewczyny, która dziś jeszcze bardziej rzucała się w oczy.
– Jak tam chcesz, dzieciaku… – westchnął Wank. – Tylko nie wiem, co ci to da…?
            Poszli, a Andreasowi pozostało przyglądać się im, jak rozmawiają z dziewczynami i te wybuchają śmiechem, zapewne rozbawione jakimś żartem. Oczywiście, to głównie Wank gadał, a Karl trzymał się na uboczu, jak zwykle. Wellinger wyobrażał sobie, że sam podchodzi do dziewczyn na luzie i rzuca jakiś zabawny tekst, sprawiając, że Martina uśmiecha się i patrzy tylko na niego…
            Niestety, chłopcy szybko wrócili, niosąc mu także ogromną porcję lodów. Kątem oka widział jak ciemnowłosa Erika szepcze coś Martinie na ucho, a ta kręci głową, jakby z niedowierzaniem i macha lekceważąco ręką. Czyżby obgadywały swoich ostatnich klientów?
– Co ty im tam nagadałeś? – spytał Wanka.
– Pozwoliłem im tylko wybrać lody dla kolegi, który, speszony ich urodą, bał się podejść i przygląda się z ukrycia.
– Głupek! – rzucił tylko w odpowiedzi.
            Plątali się później bez celu aż do samego wieczora, czekając na potańcówkę, w czasie której mieli nadzieję znaleźć partnerki do tańca. Andreas liczył szczególnie na obecność Martiny, choć był prawie pewien, że i tak nie poprosi jej do tańca. Nawet nie umiał tańczyć i, zdając sobie z tego sprawę, nagle się przeraził. Ucieszył się więc, gdy wpadli na jego rodziców i siostrę, Julię.
            Muzyka już grała i ludzie zbierali się wokół wyznaczonego miejsca do tańca, które znajdowało się pod gołym niebem. Było ciepło i nawet słońce jeszcze nie do końca zaszło, więc był to całkiem dobry pomysł. Andreas odciągnął na bok siostrę.
– Nie umiem tańczyć – wyznał. – Możesz mi jakoś pomóc? – spojrzał na nią błagalnie.
– Nie wierzę. Bywałeś na różnych imprezach. Na pewno tańczyłeś. – Rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
– Nigdy nie tańczyłem… – Czuł się coraz bardziej zakłopotany, nawet w obecności siostry.
– Zaraz sprawdzę twoje umiejętności. Chodź! – Pociągnęła go za sobą.
– Julia, poczekajmy chociaż niech się ściemni… –   błagał, bo bał się totalnej kompromitacji.
– Braciszku, chcesz się nauczyć tańczyć, czy nie? – spytała siostra.
– Niech stracę! – Uległ i dał się prowadzić. Dostrzegł, że Wank również idzie za nimi, prowadząc jakąś dziewczynę. Kilka par już tańczyło i zauważył, że nie wszystkim szło to najlepiej. Nigdzie nie mógł dostrzec Karla, ale wkrótce przestał myśleć o czymkolwiek, skupiając się na krokach. Na początku się potykał, ale ostatecznie złapał rytm i mógł pomarzyć, że trzyma w ramionach Martinę…
– Całkiem nieźle ci idzie, Andi – pogratulowała mu siostra.
– Dzięki. Jesteś tu sama? – spytał.
– Przyszłam z rodzicami.
– Możesz dotrzymać nam towarzystwa – zaproponował, gdyż nie chciał, żeby siostra czuła się samotna. Dobrze widział, że odkąd rozstała się z chłopakiem, rzadko wychodziła z domu.
– Nie, dam sobie radę. Poszukam jakiegoś towarzystwa. Dzięki z troskę. – Uścisnęła go i po chwili już jej nie było.
            Andreas odszedł na bok, szukając cały czas wzrokiem kumpli. Dostrzegł ich i bardzo się zdziwił ich poczynaniom, dlatego postanowił przez moment ich obserwować. Zarówno Karl jak i Andi tańczyli w pobliżu Martiny i Maksa. Widocznie któryś z nich chciał poprosić ją do tańca, ale obaj chyba nie wiedzieli, jak się za to zabrać. Uratowało ich to, że Martina odprawiła Maksa i zaczęła bawić się z koleżanką. Wtedy chłopcy ruszyli do akcji i poprosili dziewczyny do tańca. Raptem po dwóch piosenkach Wank, który towarzyszył Martinie, coś szepnął jej na ucho i wskazał prosto na niego.
            Wellinger miał ochotę zapaść się pod ziemię, bo nawet nie wiedział, że też był obserwowany. Dziewczyna jednakże zbliżała się coraz bardziej i nie mógł  uciec, bo przecież spełniało się to, o czym tak bardzo marzył. Tylko dlaczego czuł stres?
– Cześć. – Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. – Właśnie się dowiedziałam, że chciałbyś ze mną zatańczyć. Czy to prawda? – spytała.
– Eee… Tak. Chciałem cię poprosić, ale… – Jej bliskość tak bardzo go onieśmielała. Ślicznie wyglądała w upiętych wysoko włosach i wypuszczonych przy twarzy lokach. Ubrana była w malinową sukienkę, obcasy i nałożyła delikatny makijaż.
– Rozumiem… Lecz jeśli zmieniłeś zdanie, to ja się nie obrażę. – Zrobiła rękami gest, który chyba miał oznaczać, że sobie odejdzie.
– Czekaj! – Chwycił ją z desperacją za ramię. Nie mógł teraz pozwolić jej odejść. – Zatańczysz? – spytał, przywołując uśmiech na usta.
            Pokiwała tylko twierdząco głową, ale Andreas nie miał zamiaru dłużej czekać. Ruszył do tańca zdecydowanie, choć na początku kilka razy nadepnął dziewczynie na stopy. Za każdym razem szczerze ją przepraszał, lecz nie widział zniecierpliwienia na jej twarzy, więc poczuł się trochę pewniej. Może nie był taki najgorszy, albo to ona nie chciała być nieuprzejma.
            Ujął ją mocniej pod ramię, gdy muzyka przyspieszyła. Zauważył, że nie była aż tak niska, ale to pewnie zasługa butów na obcasie. Ciekawe, jakby to było, gdyby je zdjęła? Pewnie musiałby się trochę pochylić, żeby spojrzeć jej w oczy, czy… pocałować. Natychmiast odrzucił od siebie te fantazje, bo tylko niepotrzebnie się dołował. Przecież Martina nie była jego. Dostrzegł, że spoglądała w górę wprost w jego twarz.
– Oj! Znowu cię przydreptałem? – Skrzywił się, robiąc zbolałą minę.
– Nie! Dobrze tańczysz. Może tylko troszeczkę gorzej niż Max – powiedziała.
– Twój chłopak? – spytał. – Czy on nie ma nic przeciwko temu, że już tak długo z tobą tańczę? – dodał.
– To obecnie mój najlepszy przyjaciel, więc zawsze może mieć coś przeciwko… – zawiesiła głos. Andreas poczuł się trochę zdezorientowany. – Żartuję! – powiedziała. Pewnie zauważyła jego zmieszanie. Zawsze wkurzało go, że nie umie ukryć swoich uczuć.
            Muzyka się zmieniła, przechodząc w wolną balladę. Przyciągnął Martinę bliżej siebie i zaczął się kołysać. Nie chciał jej teraz wypuszczać, bo skoro jakimś dziwnym trafem zgodziła się z nim zatańczyć, to musiał to wykorzystać. Może to jego jedyna i ostatnia szansa na zawarcie z nią bliższej znajomości. Wkrótce wyjedzie na treningi i będzie musiał zająć myśli zupełnie czymś innym.
            Poczuł drgnięcie jej drobnej dłoni zamkniętej w jego ręce i zaczął się zastanawiać, co chciała zrobić. Z jej twarzy nie wyczytał niczego, bo patrzyła gdzieś w dół. Sam chciałby, żeby go objęła, więc… Czyżby ona też chciała to zrobić? Skarcił się w duchu, że powinien chłonąc wszystko z tej chwili, a nie myśleć o głupotach.
            Piosenka była o miłości i to spowodowało, że poczuł znowu to dziwne ciepło w okolicy serca. Uczucie potęgowała bliska obecność dziewczyny, bo pod palcami czuł jej żebra, w drugiej dłoni trzymał jej rączkę, a wokół unosił się kwiatowy zapach perfum. Mimowolnie uniósł jej dłoń i położył sobie nam ramieniu. Dziewczyna w mig załapała, o co mu chodzi i objęła go za szyję, zbliżając głowę do jego piersi i tylko milimetry dzieliły ją od wsparcia się na niej.
            Wtem piosenka się skończyła, ale czar nie prysł. Wszystko wydało się Andreasowi zatarte, jakby widział przez mgłę. Tylko twarz Martiny jaśniała.
– Dziękuję ci za zabawę – powiedziała. – Muszę na chwilę iść, ale może jeszcze się zobaczymy. – Uśmiechnęła się.
– To ja dziękuję tobie. – Ledwo mógł mówić przez chrypę, bo aż tak zaschło mu w ustach od tych emocji.
            Gdy dziewczyna się oddaliła, od razu skądś pojawił się Wank i zaczął swoje żarciki, lecz Wellinger nie miał zamiaru poddać się prowokacji. Był szczęśliwy i niełatwo było go wyprowadzić z równowagi.
            Gdzieś koło północy znów udało mu się zobaczyć Martinę, więc puścił się biegiem za nią.
– Idziesz już? – krzyknął, doganiając ją. Prawie podskoczyła na dźwięk jego głosu.
– Ale mnie wystraszyłeś! – wyznała, kładąc rękę na piersi.
– Przepraszam – wyznał ze skruchą. – Chciałem tylko zapytać czy nie potrzebujesz podwózki. – Przeczesał ręką włosy, maskując zmieszanie.
– Czekam na Maksa, bo pojechał odwieźć Erikę. Niestety, nie zmieściłyśmy się obie na motocyklu. – Przygryzła dolną wargę.
– Motocykl… Nie zdziwię się, jeśli wzgardzisz moimi marnymi czterema kółkami… – westchnął.
– Będziesz prowadził? – spytała.
– Hm… – Zamrugał zdezorientowany. – Dlaczego pytasz?
– Nie piłeś?
– Nie. Przyjechałem samochodem, więc nie. Nie piłem – wyjaśnił. – Pozwolisz się odwieźć?
– Max… – Wyglądała tak uroczo ze swoim niezdecydowaniem. – Dobrze, tylko wyślę mu wiadomość, żeby po mnie nie jechał.
            Musieli przejść spory kawałek do miejsca, gdzie zostawił swój samochód. Szli ramię w ramię.
– Przepraszam, że nie mogę iść szybciej, ale te buty trochę zmniejszają moje możliwości – powiedziała.
– Nie przejmuj się. Mamy czas. – Uśmiechnął się. – Czemu tak szybko opuszczasz imprezę? – spytał.
– Jutro muszę iść do pracy i lepiej, żebym była wyspana – wyjaśniła.
– Rozumiem. – Pokiwał głową. – Ja przed zawodami muszę zdecydowanie wcześniej kłaść się spać – dodał.
– Skoczek narciarski… – zamyśliła się. – Niewiele wiem o tym sporcie. Nigdy szczególnie się tym nie interesowałam, choć, pochodząc stąd, chyba powinnam. – Spojrzała na niego.
– Nie każdego interesują faceci skaczący w idiotycznych kombinezonach. Dla niektórych to nawet nie jest sport.
            Dotarli do samochodu, więc pozwolił sobie otworzyć Martinie drzwi, co chyba trochę ją zaskoczyło. Sam był zaskoczony swoją szarmanckością, która widocznie przychodziła mu naturalnie.
– Skoki narciarskie to nie sport? – wróciła do tematu rozmowy. – Nie zgodzę się. Jest rywalizacja, zabawa i to ryzyko… Nie boisz się czasem? Wiesz, gdy tam siedzisz na górze… – Odwróciła się do niego.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Po prostu nie myślę o strachu. – Zaskoczyła go tym pytaniem. Często go zaskakiwała, jeśli spojrzeć na to, ile razy ze sobą rozmawiali. – Gdzie mam jechać? – spytał.
– Skręcisz w prawo i potem cały czas tą drogą – odparła.
            Jechali w milczeniu, dopiero Martina odezwała się, żeby wskazać mu, gdzie ma się zatrzymać.
– Więc jutro pracujesz? – spytał jeszcze.
– Do popołudnia.
– Do której? – Zaryzykował kolejne pytanie.
– Do piętnastej, a co? – Zmarszczyła brwi.
– A tak tylko… Przepraszam, że tak wypytuję. – Zawstydził się własnej śmiałości.
– Dziękuję, że mnie podwiozłeś. Przyzwyczaiłam się do motocykla, ale samochód to jednak coś innego. – Wskazała na swój strój. – Zdecydowanie wygodniej i cieplej.
– Na pewno. – Poparł ją.
– Cześć. – Pożegnała go uśmiechem.
– Cześć – odpowiedział.
            Wysiadła i jeszcze raz obdarzyła go tym swoim cudownym uśmiechem. Teraz mógł już z czystym sumieniem przyznać, że wpadł po uszy i nie było już dla niego żadnego ratunku.
            Jadąc do domu, przypomniało mu się jej pytanie o to, czy pił. Przed oczami miał jej rysunek pijanego mężczyzny. Jeśli kiedykolwiek i jakkolwiek dotknął ją problem alkoholizmu to zupełnie rozumiał jej pytanie. Chciał poznać jej historię, ale najpierw pewnie będzie musiał na to zasłużyć. Czy mu się uda?
            W jego telefonie rozbrzmiał sygnał przychodzącej wiadomości. To Wank. Oczywiście żartował sobie z niego, że tak nagle zniknął z ukochaną, ale na koniec życzył mu powodzenia.
            Andreas uśmiechnął się do siebie. Postanowił, że musi jutro zobaczyć Martinę. Po prostu musi. Najlepiej będzie, jeśli przyjedzie po nią do pracy. Może zgodzi się na przejażdżkę lub spacer…
            W domu nie było nikogo, więc położył się do łóżka, lecz niestety długo nie mógł zasnąć z nadmiaru emocji, które ciągle w nim żyły. Gdy w końcu zapadł w sen, śniły mu się jakieś niedorzeczności.
            Spał do południa, ale potem przygotował się na spotkanie z Martiną i przed piętnastą udał się po dziewczynę. Zajechał przed kawiarnię i postanowił poczekać w samochodzie. Ze zdziwieniem obserwował przyjazd Maksa, który przywiózł znaną mu Erikę. Rozstali się bez żadnych czułości, lecz Max  nie odjechał. Zapewne też miał zamiar czekać na Martinę. W końcu byli przyjaciółmi… Mimo to Andreas poczuł ukłucie zazdrości, ale nie zamierzał się poddać. Musiał poczekać na reakcję dziewczyny.
            Gdy wyszła bocznymi drzwiami, wysiadł z auta i został tak, opierając się o maskę. Czuł na sobie spojrzenie Maksa i przełknął gulę, która stanęła mu w gardle. Widział też, jak Martina zwolniła, patrząc to na jednego, to na drugiego.
            Wyglądała tak ślicznie w krótkiej letniej sukience i rozpuszczonych włosach rozwiewanych przez wiatr.
– Cześć – powiedziała podchodząc do nich.
– Cześć – odpowiedzieli obaj.
            Andreas spojrzał na tego drugiego, lecz on się uśmiechał.
– Nie wiedziałem, że się umówiłaś – powiedział.
– Nie umówiłam się. – Spojrzała na Andreasa, który spuścił wzrok. – Przyjechałeś specjalnie? – spytała, kierując się do Maksa.
– Nie, ja… Postanowiłem, że poczekam na ciebie. Ale to nic. Możemy zobaczyć się później – zaproponował.
– Chciałabym się z tobą zobaczyć, zanim wyjedziesz – powiedziała.
– Nie wiedziałem… – zaczął Andreas.
– Spokojnie. Nic się nie stało – rzucił Max. – Widzimy się później u ciebie – powiedział Martinie. Pożegnał się i odjechał.
            Andreas został sam z Martiną i czuł się jeszcze bardziej idiotycznie niż zwykle. Nie wiedział, co ma powiedzieć ani co zrobić. Patrzył tylko na dziewczynę, która spoglądała na niego, wyczekując jakiejkolwiek reakcji. Ciągle stała w pewnej odległości, jakby bała się podejść bliżej.
– Przepraszam, że tak wyszło… – zaczął.
– Przepraszam za tę sytuację – powiedziała równocześnie z nim.
            Spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem. Andreas w końcu sam nie wiedział z czego się śmieje. Z sytuacji, ze śmiejącej się dziewczyny, czy z samego siebie.
– Miło mi cię znów widzieć – powiedziała ona, podchodząc bliżej, gdy w końcu się opanowali.
– Mnie ciebie też – wyznał. – Nawet nie wiesz, jak bardzo – dodał w myślach i znów się uśmiechnął.

piątek, 6 grudnia 2019

#4


„Dostrzegłam w jego spojrzeniu, że wiedział o mnie więcej, niż mogło mi się zdawać.”

Przez kilka dni zupełnie pochłonęła ją sprawa znalezienia sobie pracy. Stwierdziła, że im szybciej to zrobi, tym lepiej. Chciała mieć własne pieniądze i przede wszystkim nie mogła znieść samotnego siedzenia w domu. Biegała więc po okolicznych restauracjach i zanosiła dokumenty, nawet wtedy, gdy nie poszukiwali pracownicy. Potem pozostało jej czekać na odpowiedź. Liczyła na to, że  ktoś  ją zatrudni, bo przecież zbliżały się wakacje, a to oznaczało napływ turystów, których przyciągało malowniczo położone miasteczko. O swoje doświadczenie się nie martwiła. Oczywiście cztery lata temu zaczynała na zmywaku, potem przyjmowała zamówienia w barze, dorabiając w weekendy, by przez ostatni rok pracować jako kelnerka w ruchliwym barze w centrum miasta.
            Czekając na jakąkolwiek informację, pomagała mamie w kwiaciarni, ale gdy któregoś dnia obudziła się i, otwierając okno, poczuła zapach lata, postanowiła spędzić czas na powietrzu. Włożyła do torby swój rysownik, który służył jej do robienia szkiców w terenie. Noszenie teczki z kartkami z bloku było trochę niepraktyczne.
            Wyszła z domu i przez chwilę zastanawiała się, w którą stronę pójść, choć właściwie wszędzie znalazłaby coś wartego narysowania. Swoje kroki skierowała jednak w kierunku skoczni. Chciała zobaczyć jak tam jest, gdy słońce tak pięknie świeci.
            Będąc na miejscu, ucieszyła się, że nikt się tam nie kręci i będzie mogła spokojnie posiedzieć i skupić tylko na obiekcie, który swoim wysłużonym ołówkiem chciała przenieść na papier.
            Zanim w ogóle zabrała się do pracy, długo przyglądała się najdrobniejszym szczegółom. Lubiła właśnie tak szkicować – mając to coś cały czas przed sobą. Owszem, rysowała też z pamięci lub widząc coś oczami wyobraźni, ale tylko wtedy, gdy jakiś obraz nie dawał jej spokoju i uparcie siedział w głowie.
            W miejscu, gdzie siedziała, bardzo szybko zaczęło doskwierać jej słońce, które z racji zbliżającej się południowej pory grzało coraz mocniej. Żałowała, że nie zabrała ze sobą gumki do włosów, bo ciągle musiała odrzucać je na plecy, to znowu zaczesywać palcami na jedno ramię.
            Szkic był prawie na wpół gotowy, gdy w torebce rozdzwoniła się komórka. Martina natychmiast porzuciła zeszyt i chwyciła torebkę. Miała nadzieję, że to ktoś w sprawie pracy.
– Słucham?
– Martina Lorenz? – spytał kobiecy głos.
– Tak. To ja – odparła.
– Z tej strony Monika Wegner, właścicielka „Słodkiej chwili”. Gdy złożyła pani podanie o pracę, wcale nie potrzebowałam kelnerki albo nie zdawałam sobie jeszcze z tego sprawy, że potrzebuję. Po zastanowieniu się, być może zmieniłam zdanie. Chciałabym jednak wcześniej się z panią spotkać. Oczywiście, jeśli nadal jest pani zainteresowana – powiedziała.
– Oczywiście, że jestem – odparła podekscytowana, uśmiechając się do siebie.
– Dobrze. Da pani radę być za godzinę?
– Tak, będę. Do widzenia.
– Do zobaczenia.
            Godzina to niewiele. Martina chwyciła torebkę i pobiegła, by jak najszybciej znaleźć się w domu i popędzić do „Słodkiej chwili”.
            Dostała tę pracę, co bardzo ją ucieszyło, ponieważ szefowa była miłą kobietą, a miejsce już wcześniej przypadło jej do gustu. Była to przytulna kawiarnia z ogródkiem, który funkcjonował głównie latem. Lokal był czynny między dziesiątą a dwudziestą i przyciągał klientów w różnym wieku. Martinę zaskoczyło, że jak dotąd zatrudniali tylko jedną kelnerkę, Erikę, którą już zdążyła poznać. Szefowa wyjaśniła jej, że przez kilka dni będą pracowały we dwie, a później podzielą się – najlepiej, jeśli będą się zmieniały co tydzień. Wtedy będzie sprawiedliwie. Zaczynała od jutra.
            Wracając spacerkiem do domu, zadzwoniła do Maksa, żeby pochwalić się swoim osiągnięciem. Ucieszył się i obiecał, że przyjedzie wkrótce odwiedzić ją i obejrzeć miejsce pracy. Wkładając komórkę do torebki, Martina doznała dość nieprzyjemnego olśnienia.
– Boże! Mój zeszyt! Moje rysunki! – Prawie krzyknęła do siebie. Zorientowała się, że na pewno musiała zostawić go gdzieś pod skocznią. Postanowiła udać się tam od razu, ponieważ miała nadzieję, że leży dokładnie tam, gdzie go porzuciła.
            Niestety, nic z tego. Zeszytu nie było, jakby rozpłynął się w powietrzu. Teren nadal był pusty, więc kto mógł od razu go znaleźć i zabrać? Skąd wiedziałby, gdzie szukać i po co w ogóle by go zabierał? No chyba, że ktoś widział, jak go zostawiła… Ale czy wtedy by jej nie zatrzymał, nie zawołał, cokolwiek? To było bez sensu… Zrozumiała, że straciła rysownik bezpowrotnie, ale przecież to nie koniec świata, gdyż nie zależało jej aż tak na rysunkach. W gruncie rzeczy cieszyła się, że nie podpisała zeszytu, bo jeszcze okazałoby się, iż znalazca ją zna i co wtedy? No cóż, niektóre rysunki mogły powiedzieć mu co nieco o niej samej i o jej życiu. A tego nie chciała.
            Ostatniego dnia pracy z Eriką Martina jak zwykle przyszła dwadzieścia minut przed otwarciem, żeby móc się przebrać, gdyż wszystkich obowiązywały odpowiednie stroje. Ona wraz z Eriką miały jednakowe czarne sukienki w białe grochy i do tego białe fartuszki wiązane na szyi i w pasie. Stroje były nowe od kilku dni z racji rozpoczynającego się lata.
            Martina zdjęła swoje spodnie i bluzkę i włożyła sukienką, wiążąc fartuch. Przypięła do piersi plakietkę z własnym imieniem i właśnie poprawiała przed lustrem koka, w którego upięła długie włosy, gdy przyszła Erika.
            Była bardzo miłą dziewczyną, rok starszą od Martiny. Miała ciemne gęste kręcone włosy i orzechowe oczy w ciemnej oprawie, które nie potrzebowały podkreślania ich makijażem. Z figury przypominała trochę Martinę, choć była od niej wyższa.
– Cześć! Nie musisz już się tak stroić. Ładnie wyglądasz – powiedziała Erika, obserwując Martinę kątem oka.
– Ty też – odparła z uśmiechem, łapiąc jej spojrzenie.
– Spodziewasz się wyjątkowego klienta?
– Nie. Przecież wiesz, że nikogo tutaj nie znam.
– Co z tego? Zawsze możesz poznać. Widziałam, jak faceci się za tobą oglądają. – Szturchnęła ją łokciem.
– Prędzej chłopcy niż faceci – odparła. – A za tobą to niby nie?
– Może… I tak nie mają u mnie żadnych szans. Mówiłaś, że nikogo tu nie znasz, ale jak to możliwe, skoro kiedyś tu mieszkałaś? – spytała trochę zdziwiona.
– Tak wyszło… Cztery lata to sporo. Wszyscy się zmieniliśmy, mało kogo pewnie mogłabym  rozpoznać i wzajemnie.
– Pewnie tak – odparła Erika, a Martina wyczuła, że nie do końca uwierzyła w jej wytłumaczenie i doszukiwała się w tym czegoś bardziej skomplikowanego. Jednak nie zapytała.
– Chodź! Zaczynamy – powiedziała za to i Martina odetchnęła z ulgą, że ich rozmowa dobiegła końca, choć czasami bywały momenty, że chciałaby z kimś porozmawiać od serca. Tylko nie miała nikogo, komu mogłaby bezgranicznie zaufać.
            Po południu ruch zrobił się większy, bo przybywało młodzieży, która pewnie kończyła lekcje w szkole.
– Martina, chodź tutaj! – Erika wpadła z impetem do pomieszczenia, gdzie przygotowywano i wydawano zamówienia.
– Stało się coś? – spytała zdziwiona jej gwałtownym wejściem.
– Weźmiesz kawę i zaniesiesz ją blondynkowi, który siedzi w rogu przy oknie – wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
– Co? Dlaczego? U ciebie składał zamówienie, więc…
– Musiałabyś widzieć, jak opadła mu szczęka, gdy cię zobaczył i nawet o ciebie pytał. Zna cię, czy co? Zresztą nieważne – idź już! – Prawie wypchnęła ją za drzwi.
            Martina zmierzała niespiesznie w kierunku wskazanego stolika i coraz bardziej utwierdzała się w spostrzeżeniach, że już widziała tego osobnika.
– Proszę – powiedziała, stawiając przed nim  kawę i wyrywając go tym samym z zamyślenia.
            Już miała odejść, gdy ją zatrzymał, a po chwili położył na stoliku znajomo wyglądający zeszyt. Jej szkicownik. Wzięła go wkładając sobie pod pachę…
– Jesteś Andreas Wellinger – zauważyła. – Widziałam cię kiedyś na skoczni – powiedziała. Chciała go trochę ośmielić, żeby powiedział cokolwiek, choć sama czuła się bardzo niezręcznie.
            Zaczął się tłumaczyć, ale urwał w połowie zdania. Podziękowała mu więc i zaproponowała ciastko do kawy w ramach rewanżu.
– Chętnie, ale wolałbym, żebyś zjadła je ze mną – zaproponował, ale wyglądał przy tym, jakby te słowa wyrwały mu się przez przypadek.
            Niestety musiała odmówić.
– Może innym razem? – spytała, żeby coś powiedzieć.
– Tak, oczywiście.
            Cały czas czuła na sobie palące spojrzenie tych błękitnych oczu. Chciałaby, żeby na nią patrzył, a z drugiej strony miała ochotę jak najszybciej stamtąd uciec. To spojrzenie…
– Wiem, że zaglądałeś. Widziałeś moje rysunki.
            Przyznał się, ale wcale nie musiał tego robić, bo dobrze widziała to w jego spojrzeniu. Patrzył na nią, jakby doszukiwał się w jej rzeczywistym obliczu tego, czego domyślił się, patrząc na rysunki. Głupi zeszyt! Dzięki niemu on wiedział o niej więcej, niż wcześniej mogłaby przypuszczać…
            Z zamyślenia wyrwał ją pytaniem o imię. Przedstawiła mu się, choć na pewno zauważył plakietkę. Na koniec rozmowy stwierdziła, że musi już wracać do pracy i życzyła mu smacznego. Mimo wszystko, patrząc na niego, chciała się uśmiechnąć, ale powstrzymała się ostatkiem sił.
– I co?! I co?! – Napadła ją Erika, gdy tylko wróciła. – Widziałam, że z nim rozmawiasz. Skąd go znasz?
– Zwrócił mi coś, co, jak myślałam, straciłam bezpowrotnie. Nie wiem, jak mnie tu znalazł, ale… A ty go znasz?  – zwróciła się do dziewczyny.
– To przecież ten skoczek – odparła.
– Tyle to ja sama wiem. Widziałam go kiedyś na skoczni.
– Spodobał ci się, co? Wszystkie za nim szaleją.
– Daj spokój! Jestem zajęta. – Dobrze było mieć taki argument pod ręką.
– I co z tego? Nie wszystkim to przeszkadza. – Erika wyraźnie się wzburzyła.
            Gdy wróciły na salę, jego już nie było. Erika poszła sprzątnąć stolik i gdy wracała z nietkniętą kawą, znacząco uniosła brwi. Martina odpowiedziała jej wzruszeniem ramion. Poczuła się zagrożona. Przez tyle lat trzymała ludzi na dystans i nikomu nie zdradzała nic o sobie. A teraz? Nagle obcy ludzie wiedzieli o niej więcej, niż ona sama o sobie. Czyżby coś się zmieniło? Jakoś dziwnie nie czuła się z tym aż tak źle, więc może wreszcie nadszedł czas, żeby przestać się ukrywać?
            Wieczorem rozpętała się burza przypominająca wojnę żywiołów. Błyskawice rozdzierały niebo, a huk grzmotów był ogłuszający. Deszcz lał się strumieniami i niesiony siłą wiatru, z brzękiem uderzał o szyby. Kawiarnia opustoszała.
            Erika usiadła z Martiną przy stoliku z ciepłą herbatą.
–Wracając do naszej porannej rozmowy, to nadal nie rozumiem pewnych spraw. Nie było cię cztery lata, nie znasz tu nikogo… – zaczęła Erika.
– Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wierzysz we wszystko, co ci mówię, ale… Czy ty mówisz mi wszystko? Też jesteś stąd, a nie pamiętasz mnie, ani ja ciebie – powiedziała to bez śladu wyrzutu w głosie.
– W życiu każdego człowieka są rzeczy, o  których nie chce rozmawiać – odpowiedziała.
– Może chciałby, ale nie potrafi? – spytała. – Ja bym chciała, ale nie umiem się na to zdobyć, dlatego otaczam się ludźmi, którzy o nic nie pytają.
– Mam rozumieć, że jeśli miałybyśmy zostać przyjaciółkami, to powinnam trzymać się na dystans? – Uśmiechnęła się lekko.
            Martinę zastanowił smutek, który wyzierał z głębi jej oczu. Erika też musiała mieć swoją tajemnicę, której nie chciała nikomu zdradzić.
– Myślę, że nie. Czas w końcu coś zmienić.
            Przerwało im wejście gościa, który po zdjęciu kaptura okazał się być Maksem. Martina uśmiechnęła się na jego widok.
– Chyba zacznę już dziś – dodała, zwracając się do dziewczyny. Potem podeszła do Maksa i mocno się do niego przytuliła.
– Chodź, usiądziesz z nami. – Wzięła go za rękę, prowadząc do stolika.
– Poznajcie się. Max, to moja koleżanka Erika Berger, pracujemy razem.
– Max Steiner, miło mi. – Podał jej rękę.
– Mnie również. – Erika uśmiechnęła się, ale tylko ustami.
– Skąd się tu wziąłeś? – spytała Martina chłopaka.
– Obiecałem, że cię odwiedzę. Byłem u ciebie w domu, ale rozpętała się burza i chciałem przeczekać, bo mój motocykl nie nadaje się na taką pogodę. Jednak twoja mama, w trosce o ciebie, pożyczyła mi swój samochód – wyjaśnił.
– Naprawdę? Nikomu nie pozwala nim jeździć. Czym ją oczarowałeś?
– Nie wiem. – roześmiał się. – Chyba po prostu już tak mam. – Puścił oko do Eriki. Nie rozbawił ją żart. Wstała od stolika, zabierając puste filiżanki.
– Przynieść wam coś? – spytała tylko.
            Martina spojrzała na Maksa, który wzruszył ramionami.
– Nie potrzebujemy niczego – odparła.
– Powiedziałem coś nie tak? – zapytał, gdy Erika się oddaliła.
– Nie, nie przejmuj się. Jest dość tajemnicza…
– A kto nie ma tajemnic? – Spojrzał na nią wymownie. – O której kończysz?
– Za jakieś pół godziny.
– Nie macie tu zbyt wielkiego ruchu – rzucił.
– Nie kpij sobie. To przez tę burzę. Wcześniej miałyśmy urwanie głowy.
– Podoba ci się tutaj? – spytał, rozglądając się.
– Jasne, od początku miałam cichą nadzieję, że uda mi się wkręcić właśnie tutaj. To miejsce jest wspaniałe.
– Cieszę się. Miło widzieć cię taką zadowoloną.
– A! Właśnie! W pierwszą sobotę lipca będzie jakaś impreza z okazji rozpoczęcia lata. Też tam będziemy, bo szefowa wspiera organizatorów. Mamy sprzedawać lody i koktajle. Mam nadzieję, że przyjedziesz.
– OK. Czuję się zaproszony.
– Na długo przyjechałeś?
– To zależy. – Zmrużył oczy. – Tak na poważnie, to jutro muszę wracać. Mam nadzieję, że mnie przenocujesz.
– Oczywiście. Skoro oczarowałeś moją mamę, to pewnie nie będzie z tym problemu. Chodź, już prawie dwudziesta. Przebiorę się tylko i będziemy mogli jechać.
            Na zapleczu spotkała się z Eriką, która była już gotowa do wyjścia.
– Ciągle pada, więc może cię podwieziemy? – zaproponowała.
– Nie chcę wam robić kłopotu.
– Przestań, to samochód mamy, więc chętnie się nim przejedziemy.
– No dobra. Nie mam ochoty na spacer w taką pogodę. – Dała się przekonać.
            Najpierw pojechali odwieźć Erikę. Zajechali pod ciemny dom, bo w żadnym z okien nie paliło się światło.
– Bardzo wam dziękuję. Do końca tygodnia biorę pierwsze zmiany, więc widzimy się jutro o piętnastej – powiedziała, zanim wysiadła.
– Myślisz, że mieszka sama? – spytał Max, gdy ruszyli.
– Nie wiem, ale to całkiem możliwe… Niestety na razie nic o niej nie wiem – odparła i przez chwilę zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd to zaskakujące zainteresowanie Maksa Eriką.
            W domu od razu poszli do pokoju Martiny po wcześniejszym przywitaniu się z rodzicami, którzy siedzieli przed telewizorem. Było tak cicho, spokojnie. Dziwnie.
– O wiele lepiej tutaj, gdy nie ma już tych pustych półek – zauważył Max, rozglądając się. – Ja też zajmuję tu swoje miejsce. – Uśmiechnął się, patrząc na swoje zdjęcie i rysunek. – Twoje rysunki… – Dotknął kartki palcami.
– Masz. Obejrzyj sobie. – Podała mu zeszyt, a potem dołożyła jeszcze teczki z luźnymi kartkami.
– Nigdy mi ich nie pokazywałaś. Nikomu innemu chyba też nie. – Był wyraźnie zdziwiony.
– To prawda. Jednak skoro ktoś nieznajomy pozwolił sobie do nich zajrzeć, to ty tym bardziej masz do tego prawo. Po co robić z nich tajemnicę?
            Widziała w jaki sposób ją obserwował, jakby nie dowierzał w to, co się dzieje.
– Nie patrz na mnie tak, jakbyś widział ducha. To ciągle jestem ja. A teraz pozwól, że wyjdę na jakiś czas do łazienki.
            Pokiwał głową, sadowiąc się na jej łóżku.
            Martina, po umyciu się, spędziła jeszcze jakiś czas w łazience, patrząc w lustro. Mokre włosy zaplotła w warkocz i spoglądała na swoją twarz. Czy ta twarz był jej własna, czy to kolejna z masek, które ciągle wkładała? Na początku chciała się zasłonić, ukryć pod fałszywym wizerunkiem, a teraz nie umiała odnaleźć siebie. Czy ujawnienie prawdy jej w tym pomoże? Starała się zebrać w sobie resztki odwagi, które gdzieś tam jeszcze w niej tkwiły.
            Wróciła do pokoju, gdzie Max siedział zamyślony, podpierając głowę dłonią. Obok leżały materiały, które mu dała.
– Chcesz iść teraz do łazienki? Wyjęłam ci ręcznik.
– Pójdę. Dzięki. – Zerwał się z miejsca.
            Martina rozścieliła łóżko i usiadła na nim, podciągając kolana pod brodę. Wzdrygnęła się na dźwięk otwieranych drzwi, gdy wrócił Max w samych bokserkach i podkoszulku. Zawiesił ubrania na krześle i przysiadł się do niej.
– Twoja mama nie będzie miała nic przeciwko, że będę spał tu z tobą? – spytał, przytulając ją.
– Nie odważy się czegokolwiek mi zarzucić – powiedziała, wzdychając i objęła go mocno.
            Max ujął jej twarz w dłonie i mocno pocałował. Czuła jego gorące usta, ciało, które dawało przyjemne ciepło. Chwyciła go dłońmi za ramiona, próbując jeszcze mocniej przyciągnąć go do siebie. Ułożył ją na poduszkach i cmoknął ostatni raz, a sam podparł się na łokciu, nie spuszczając z niej wzroku.
– Dlaczego nigdy nie spytałeś mnie o powód wyprowadzki od rodziców? – spytała, dotykając delikatnie jego trochę zarośniętego policzka.
– Chciałabyś, żebym pytał? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, dlaczego ciągle jesteś przy mnie… – Przygryzła dolną wargę.
– Może z tych samych powodów, dla których ty jesteś ze mną – stwierdził. – Nie kochasz mnie – powiedział nagle. Zaskoczył ją i poczuła się, jakby ktoś uderzył pięścią w jej żołądek. Nie mogła oderwać wzroku od jego oczu, a jednocześnie starała się powstrzymać drżenie ust.
– Nie – wyszeptała. – Tak jak i ty… Też mnie nie… kochasz. – Po jej policzku stoczyła się pojedyncza łza.
            Max wstał i Martina była pewna, że po prostu zabierze swoje rzeczy i wyjdzie, ale on tylko podszedł do okna, odwracając się do niej plecami.
– Nie umiem tak zwyczajnie sobie odejść. Potrzebuję kogoś, ale nie potrafię kochać. Dziewczyny zawsze były… i odchodziły – mówił, a Martina mu nie przerywała. – Nie mam nikogo, a ty trochę przypominasz mi siostrę, która też kryła się pod maską zdecydowanej pewności siebie. Wszyscy odeszli… razem. W tym samym wypadku. Nie wiem, dlaczego ocalałem i później mimo wszystko nie podążyłem za nimi, ale żyję. Chyba tak miało być… – Głos mu się załamał. Martina podeszła do niego po cichu i przez chwilę trzymała dłoń nad jego ramieniem. Bała się go dotknąć, lecz w końcu się zdecydowała. Odwrócił się do niej i chwycił w ramiona. Pocałował ją w czubek głowy.
– Chyba lepsi z nas przyjaciele, niż… Może tak powinno zostać? – Ujął jej podbródek zmuszając, żeby na niego spojrzała.
– Zgadzam się z tobą. Więc nie stracę przyjaciela? – Spojrzała z nadzieją w jego oczy.
– Jasne, że nie.
– Dziękuję, że mi zaufałeś. Może powinnam zapytać, co ty o mnie wiesz? Tak ogólnie, nie tylko z tych rysunków. – Położyła dłoń na jego piersi. Max pociągnął ją w stronę łóżka, gdzie położyli się, a on objął dziewczynę ramieniem.
– Z tego co się orientuję w sprawie, to uciekłaś stąd przez nich. – Miał na myśli rodziców. – Myślę, że twój ojciec pił, ale teraz chyba ma to już za sobą. Być może nawet dzięki tobie. Cieszę się, że zdecydowałaś się wrócić, bo trzeba jednak cenić wartość rodziny. Rozumiem, że się boisz, ale wiem też, że masz w sobie na tyle odwagi, żeby walczyć z przeszłością, której przecież już nie zmienisz… Może teraz powiesz mi, jak to wygląda w rzeczywistości? – Ujął ją za dłoń.
– Zaskoczyłeś mnie. To dziwne, że inni wiedzą o mnie aż tyle… To straszne – przyznała. – Max, gdy przychodzi noc, gdy robi się ciemno, przed oczami stają mi wspomnienia z dzieciństwa. Widzę pijanego ojca, wciąż czuję ten palący wstyd i te spojrzenia w szkole… Nie dawałam sobie rady. Prawie się poddałam, ale moja babcia walczyła o mnie. Szalę przeważył wypadek. Mój ojciec… Prawie zginęliśmy. Babcia zdecydowała, że wyjadę. To była dobra decyzja. A potem umarła… Odeszła jedyna bliska mi osoba. Została jeszcze ciocia i potem ty. Wiedziałam, że ojciec się leczy. Postanowiłam dać im drugą szansę, bo nie umiem inaczej. – Ciężko było mówić o sobie, dlatego chciała jak najszybciej skończyć. Wszystko znowu stanęło jej przed oczami i łzy same popłynęły.
– Płacz, płacz. Ulży ci. – Przytulił  ją i po raz pierwszy nie płakała sama w nocy.
– Chyba dziś nie zasnę… – wydusiła.
– Zaśniesz… Będę przy tobie. – Przykrył ją kołdrą. – Proszę. – Podał pluszaka. – Dobrze, że w końcu wyrzuciłaś to z siebie. Nie trzeba aż tak bać się przeszłości. Jest częścią nas, czy tego chcemy, czy nie. – Ułożył jej warkocz na poduszce.
– Dziękuję, że pomogłeś mi się od tego uwolnić. Czy przyjedziesz w lipcu? – spytała sennym głosem.
– Oczywiście, że tak. Spokojnej nocy – szepnął jej do ucha.
– Dobranoc.
            Zasypiała z nadzieją, że obudzi się następnego dnia, a to wszystko nie okaże się być tylko ulotnym snem…