„Dostrzegłam w jego spojrzeniu, że wiedział o mnie więcej, niż
mogło mi się zdawać.”
Przez
kilka dni zupełnie pochłonęła ją sprawa znalezienia sobie pracy. Stwierdziła,
że im szybciej to zrobi, tym lepiej. Chciała mieć własne pieniądze i przede
wszystkim nie mogła znieść samotnego siedzenia w domu. Biegała więc po
okolicznych restauracjach i zanosiła dokumenty, nawet wtedy, gdy nie
poszukiwali pracownicy. Potem pozostało jej czekać na odpowiedź. Liczyła na to,
że ktoś
ją zatrudni, bo przecież zbliżały się wakacje, a to oznaczało napływ
turystów, których przyciągało malowniczo położone miasteczko. O swoje
doświadczenie się nie martwiła. Oczywiście cztery lata temu zaczynała na
zmywaku, potem przyjmowała zamówienia w barze, dorabiając w weekendy, by przez
ostatni rok pracować jako kelnerka w ruchliwym barze w centrum miasta.
Czekając na jakąkolwiek informację,
pomagała mamie w kwiaciarni, ale gdy któregoś dnia obudziła się i, otwierając
okno, poczuła zapach lata, postanowiła spędzić czas na powietrzu. Włożyła do
torby swój rysownik, który służył jej do robienia szkiców w terenie. Noszenie teczki
z kartkami z bloku było trochę niepraktyczne.
Wyszła z domu i przez chwilę
zastanawiała się, w którą stronę pójść, choć właściwie wszędzie znalazłaby coś
wartego narysowania. Swoje kroki skierowała jednak w kierunku skoczni. Chciała
zobaczyć jak tam jest, gdy słońce tak pięknie świeci.
Będąc na miejscu, ucieszyła się, że
nikt się tam nie kręci i będzie mogła spokojnie posiedzieć i skupić tylko na obiekcie,
który swoim wysłużonym ołówkiem chciała przenieść na papier.
Zanim w ogóle zabrała się do pracy,
długo przyglądała się najdrobniejszym szczegółom. Lubiła właśnie tak szkicować
– mając to coś cały czas przed sobą. Owszem, rysowała też z pamięci lub widząc
coś oczami wyobraźni, ale tylko wtedy, gdy jakiś obraz nie dawał jej spokoju i
uparcie siedział w głowie.
W miejscu, gdzie siedziała, bardzo
szybko zaczęło doskwierać jej słońce, które z racji zbliżającej się południowej
pory grzało coraz mocniej. Żałowała, że nie zabrała ze sobą gumki do włosów, bo
ciągle musiała odrzucać je na plecy, to znowu zaczesywać palcami na jedno
ramię.
Szkic był prawie na wpół gotowy, gdy
w torebce rozdzwoniła się komórka. Martina natychmiast porzuciła zeszyt i
chwyciła torebkę. Miała nadzieję, że to ktoś w sprawie pracy.
–
Słucham?
–
Martina Lorenz? – spytał kobiecy głos.
–
Tak. To ja – odparła.
–
Z tej strony Monika Wegner, właścicielka „Słodkiej chwili”. Gdy złożyła pani
podanie o pracę, wcale nie potrzebowałam kelnerki albo nie zdawałam sobie
jeszcze z tego sprawy, że potrzebuję. Po zastanowieniu się, być może zmieniłam
zdanie. Chciałabym jednak wcześniej się z panią spotkać. Oczywiście, jeśli
nadal jest pani zainteresowana – powiedziała.
–
Oczywiście, że jestem – odparła podekscytowana, uśmiechając się do siebie.
–
Dobrze. Da pani radę być za godzinę?
–
Tak, będę. Do widzenia.
–
Do zobaczenia.
Godzina to niewiele. Martina
chwyciła torebkę i pobiegła, by jak najszybciej znaleźć się w domu i popędzić
do „Słodkiej chwili”.
Dostała tę pracę, co bardzo ją
ucieszyło, ponieważ szefowa była miłą kobietą, a miejsce już wcześniej
przypadło jej do gustu. Była to przytulna kawiarnia z ogródkiem, który
funkcjonował głównie latem. Lokal był czynny między dziesiątą a dwudziestą i
przyciągał klientów w różnym wieku. Martinę zaskoczyło, że jak dotąd
zatrudniali tylko jedną kelnerkę, Erikę, którą już zdążyła poznać. Szefowa
wyjaśniła jej, że przez kilka dni będą pracowały we dwie, a później podzielą
się – najlepiej, jeśli będą się zmieniały co tydzień. Wtedy będzie
sprawiedliwie. Zaczynała od jutra.
Wracając spacerkiem do domu, zadzwoniła
do Maksa, żeby pochwalić się swoim osiągnięciem. Ucieszył się i obiecał, że
przyjedzie wkrótce odwiedzić ją i obejrzeć miejsce pracy. Wkładając komórkę do
torebki, Martina doznała dość nieprzyjemnego olśnienia.
–
Boże! Mój zeszyt! Moje rysunki! – Prawie krzyknęła do siebie. Zorientowała się,
że na pewno musiała zostawić go gdzieś pod skocznią. Postanowiła udać się tam
od razu, ponieważ miała nadzieję, że leży dokładnie tam, gdzie go porzuciła.
Niestety, nic z tego. Zeszytu nie
było, jakby rozpłynął się w powietrzu. Teren nadal był pusty, więc kto mógł od
razu go znaleźć i zabrać? Skąd wiedziałby, gdzie szukać i po co w ogóle by go
zabierał? No chyba, że ktoś widział, jak go zostawiła… Ale czy wtedy by jej nie
zatrzymał, nie zawołał, cokolwiek? To było bez sensu… Zrozumiała, że straciła
rysownik bezpowrotnie, ale przecież to nie koniec świata, gdyż nie zależało jej
aż tak na rysunkach. W gruncie rzeczy cieszyła się, że nie podpisała zeszytu,
bo jeszcze okazałoby się, iż znalazca ją zna i co wtedy? No cóż, niektóre
rysunki mogły powiedzieć mu co nieco o niej samej i o jej życiu. A tego nie
chciała.
Ostatniego dnia pracy z Eriką
Martina jak zwykle przyszła dwadzieścia minut przed otwarciem, żeby móc się
przebrać, gdyż wszystkich obowiązywały odpowiednie stroje. Ona wraz z Eriką
miały jednakowe czarne sukienki w białe grochy i do tego białe fartuszki
wiązane na szyi i w pasie. Stroje były nowe od kilku dni z racji
rozpoczynającego się lata.
Martina zdjęła swoje spodnie i
bluzkę i włożyła sukienką, wiążąc fartuch. Przypięła do piersi plakietkę z
własnym imieniem i właśnie poprawiała przed lustrem koka, w którego upięła
długie włosy, gdy przyszła Erika.
Była bardzo miłą dziewczyną, rok starszą
od Martiny. Miała ciemne gęste kręcone włosy i orzechowe oczy w ciemnej
oprawie, które nie potrzebowały podkreślania ich makijażem. Z figury
przypominała trochę Martinę, choć była od niej wyższa.
–
Cześć! Nie musisz już się tak stroić. Ładnie wyglądasz – powiedziała Erika,
obserwując Martinę kątem oka.
–
Ty też – odparła z uśmiechem, łapiąc jej spojrzenie.
–
Spodziewasz się wyjątkowego klienta?
–
Nie. Przecież wiesz, że nikogo tutaj nie znam.
–
Co z tego? Zawsze możesz poznać. Widziałam, jak faceci się za tobą oglądają. –
Szturchnęła ją łokciem.
–
Prędzej chłopcy niż faceci – odparła. – A za tobą to niby nie?
–
Może… I tak nie mają u mnie żadnych szans. Mówiłaś, że nikogo tu nie znasz, ale
jak to możliwe, skoro kiedyś tu mieszkałaś? – spytała trochę zdziwiona.
–
Tak wyszło… Cztery lata to sporo. Wszyscy się zmieniliśmy, mało kogo pewnie
mogłabym rozpoznać i wzajemnie.
–
Pewnie tak – odparła Erika, a Martina wyczuła, że nie do końca uwierzyła w jej
wytłumaczenie i doszukiwała się w tym czegoś bardziej skomplikowanego. Jednak
nie zapytała.
–
Chodź! Zaczynamy – powiedziała za to i Martina odetchnęła z ulgą, że ich
rozmowa dobiegła końca, choć czasami bywały momenty, że chciałaby z kimś
porozmawiać od serca. Tylko nie miała nikogo, komu mogłaby bezgranicznie
zaufać.
Po południu ruch zrobił się większy,
bo przybywało młodzieży, która pewnie kończyła lekcje w szkole.
–
Martina, chodź tutaj! – Erika wpadła z impetem do pomieszczenia, gdzie
przygotowywano i wydawano zamówienia.
–
Stało się coś? – spytała zdziwiona jej gwałtownym wejściem.
–
Weźmiesz kawę i zaniesiesz ją blondynkowi, który siedzi w rogu przy oknie –
wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
–
Co? Dlaczego? U ciebie składał zamówienie, więc…
–
Musiałabyś widzieć, jak opadła mu szczęka, gdy cię zobaczył i nawet o ciebie
pytał. Zna cię, czy co? Zresztą nieważne – idź już! – Prawie wypchnęła ją za
drzwi.
Martina zmierzała niespiesznie w
kierunku wskazanego stolika i coraz bardziej utwierdzała się w spostrzeżeniach,
że już widziała tego osobnika.
–
Proszę – powiedziała, stawiając przed nim kawę i wyrywając go tym samym z zamyślenia.
Już miała odejść, gdy ją zatrzymał,
a po chwili położył na stoliku znajomo wyglądający zeszyt. Jej szkicownik.
Wzięła go wkładając sobie pod pachę…
–
Jesteś Andreas Wellinger – zauważyła. – Widziałam cię kiedyś na skoczni – powiedziała.
Chciała go trochę ośmielić, żeby powiedział cokolwiek, choć sama czuła się
bardzo niezręcznie.
Zaczął się tłumaczyć, ale urwał w
połowie zdania. Podziękowała mu więc i zaproponowała ciastko do kawy w ramach
rewanżu.
–
Chętnie, ale wolałbym, żebyś zjadła je ze mną – zaproponował, ale wyglądał przy
tym, jakby te słowa wyrwały mu się przez przypadek.
Niestety musiała odmówić.
–
Może innym razem? – spytała, żeby coś powiedzieć.
–
Tak, oczywiście.
Cały czas czuła na sobie palące
spojrzenie tych błękitnych oczu. Chciałaby, żeby na nią patrzył, a z drugiej
strony miała ochotę jak najszybciej stamtąd uciec. To spojrzenie…
–
Wiem, że zaglądałeś. Widziałeś moje rysunki.
Przyznał się, ale wcale nie musiał
tego robić, bo dobrze widziała to w jego spojrzeniu. Patrzył na nią, jakby
doszukiwał się w jej rzeczywistym obliczu tego, czego domyślił się, patrząc na
rysunki. Głupi zeszyt! Dzięki niemu on wiedział o niej więcej, niż wcześniej
mogłaby przypuszczać…
Z zamyślenia wyrwał ją pytaniem o
imię. Przedstawiła mu się, choć na pewno zauważył plakietkę. Na koniec rozmowy
stwierdziła, że musi już wracać do pracy i życzyła mu smacznego. Mimo wszystko,
patrząc na niego, chciała się uśmiechnąć, ale powstrzymała się ostatkiem sił.
–
I co?! I co?! – Napadła ją Erika, gdy tylko wróciła. – Widziałam, że z nim
rozmawiasz. Skąd go znasz?
–
Zwrócił mi coś, co, jak myślałam, straciłam bezpowrotnie. Nie wiem, jak mnie tu
znalazł, ale… A ty go znasz? – zwróciła
się do dziewczyny.
–
To przecież ten skoczek – odparła.
–
Tyle to ja sama wiem. Widziałam go kiedyś na skoczni.
–
Spodobał ci się, co? Wszystkie za nim szaleją.
–
Daj spokój! Jestem zajęta. – Dobrze było mieć taki argument pod ręką.
–
I co z tego? Nie wszystkim to przeszkadza. – Erika wyraźnie się wzburzyła.
Gdy wróciły na salę, jego już nie
było. Erika poszła sprzątnąć stolik i gdy wracała z nietkniętą kawą, znacząco
uniosła brwi. Martina odpowiedziała jej wzruszeniem ramion. Poczuła się
zagrożona. Przez tyle lat trzymała ludzi na dystans i nikomu nie zdradzała nic
o sobie. A teraz? Nagle obcy ludzie wiedzieli o niej więcej, niż ona sama o
sobie. Czyżby coś się zmieniło? Jakoś dziwnie nie czuła się z tym aż tak źle,
więc może wreszcie nadszedł czas, żeby przestać się ukrywać?
Wieczorem rozpętała się burza
przypominająca wojnę żywiołów. Błyskawice rozdzierały niebo, a huk grzmotów był
ogłuszający. Deszcz lał się strumieniami i niesiony siłą wiatru, z brzękiem
uderzał o szyby. Kawiarnia opustoszała.
Erika usiadła z Martiną przy stoliku
z ciepłą herbatą.
–Wracając
do naszej porannej rozmowy, to nadal nie rozumiem pewnych spraw. Nie było cię
cztery lata, nie znasz tu nikogo… – zaczęła Erika.
–
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wierzysz we wszystko, co ci mówię, ale… Czy
ty mówisz mi wszystko? Też jesteś stąd, a nie pamiętasz mnie, ani ja ciebie –
powiedziała to bez śladu wyrzutu w głosie.
–
W życiu każdego człowieka są rzeczy, o
których nie chce rozmawiać – odpowiedziała.
–
Może chciałby, ale nie potrafi? – spytała. – Ja bym chciała, ale nie umiem się
na to zdobyć, dlatego otaczam się ludźmi, którzy o nic nie pytają.
–
Mam rozumieć, że jeśli miałybyśmy zostać przyjaciółkami, to powinnam trzymać
się na dystans? – Uśmiechnęła się lekko.
Martinę zastanowił smutek, który
wyzierał z głębi jej oczu. Erika też musiała mieć swoją tajemnicę, której nie
chciała nikomu zdradzić.
–
Myślę, że nie. Czas w końcu coś zmienić.
Przerwało im wejście gościa, który
po zdjęciu kaptura okazał się być Maksem. Martina uśmiechnęła się na jego
widok.
–
Chyba zacznę już dziś – dodała, zwracając się do dziewczyny. Potem podeszła do
Maksa i mocno się do niego przytuliła.
–
Chodź, usiądziesz z nami. – Wzięła go za rękę, prowadząc do stolika.
–
Poznajcie się. Max, to moja koleżanka Erika Berger, pracujemy razem.
–
Max Steiner, miło mi. – Podał jej rękę.
–
Mnie również. – Erika uśmiechnęła się, ale tylko ustami.
–
Skąd się tu wziąłeś? – spytała Martina chłopaka.
–
Obiecałem, że cię odwiedzę. Byłem u ciebie w domu, ale rozpętała się burza i
chciałem przeczekać, bo mój motocykl nie nadaje się na taką pogodę. Jednak
twoja mama, w trosce o ciebie, pożyczyła mi swój samochód – wyjaśnił.
–
Naprawdę? Nikomu nie pozwala nim jeździć. Czym ją oczarowałeś?
–
Nie wiem. – roześmiał się. – Chyba po prostu już tak mam. – Puścił oko do
Eriki. Nie rozbawił ją żart. Wstała od stolika, zabierając puste filiżanki.
–
Przynieść wam coś? – spytała tylko.
Martina spojrzała na Maksa, który
wzruszył ramionami.
–
Nie potrzebujemy niczego – odparła.
–
Powiedziałem coś nie tak? – zapytał, gdy Erika się oddaliła.
–
Nie, nie przejmuj się. Jest dość tajemnicza…
–
A kto nie ma tajemnic? – Spojrzał na nią wymownie. – O której kończysz?
–
Za jakieś pół godziny.
–
Nie macie tu zbyt wielkiego ruchu – rzucił.
–
Nie kpij sobie. To przez tę burzę. Wcześniej miałyśmy urwanie głowy.
–
Podoba ci się tutaj? – spytał, rozglądając się.
–
Jasne, od początku miałam cichą nadzieję, że uda mi się wkręcić właśnie tutaj.
To miejsce jest wspaniałe.
–
Cieszę się. Miło widzieć cię taką zadowoloną.
–
A! Właśnie! W pierwszą sobotę lipca będzie jakaś impreza z okazji rozpoczęcia
lata. Też tam będziemy, bo szefowa wspiera organizatorów. Mamy sprzedawać lody
i koktajle. Mam nadzieję, że przyjedziesz.
–
OK. Czuję się zaproszony.
–
Na długo przyjechałeś?
–
To zależy. – Zmrużył oczy. – Tak na poważnie, to jutro muszę wracać. Mam
nadzieję, że mnie przenocujesz.
–
Oczywiście. Skoro oczarowałeś moją mamę, to pewnie nie będzie z tym problemu.
Chodź, już prawie dwudziesta. Przebiorę się tylko i będziemy mogli jechać.
Na zapleczu spotkała się z Eriką,
która była już gotowa do wyjścia.
–
Ciągle pada, więc może cię podwieziemy? – zaproponowała.
–
Nie chcę wam robić kłopotu.
–
Przestań, to samochód mamy, więc chętnie się nim przejedziemy.
–
No dobra. Nie mam ochoty na spacer w taką pogodę. – Dała się przekonać.
Najpierw pojechali odwieźć Erikę.
Zajechali pod ciemny dom, bo w żadnym z okien nie paliło się światło.
–
Bardzo wam dziękuję. Do końca tygodnia biorę pierwsze zmiany, więc widzimy się
jutro o piętnastej – powiedziała, zanim wysiadła.
–
Myślisz, że mieszka sama? – spytał Max, gdy ruszyli.
–
Nie wiem, ale to całkiem możliwe… Niestety na razie nic o niej nie wiem –
odparła i przez chwilę zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd to
zaskakujące zainteresowanie Maksa Eriką.
W domu od razu poszli do pokoju
Martiny po wcześniejszym przywitaniu się z rodzicami, którzy siedzieli przed
telewizorem. Było tak cicho, spokojnie. Dziwnie.
–
O wiele lepiej tutaj, gdy nie ma już tych pustych półek – zauważył Max,
rozglądając się. – Ja też zajmuję tu swoje miejsce. – Uśmiechnął się, patrząc
na swoje zdjęcie i rysunek. – Twoje rysunki… – Dotknął kartki palcami.
–
Masz. Obejrzyj sobie. – Podała mu zeszyt, a potem dołożyła jeszcze teczki z
luźnymi kartkami.
–
Nigdy mi ich nie pokazywałaś. Nikomu innemu chyba też nie. – Był wyraźnie
zdziwiony.
–
To prawda. Jednak skoro ktoś nieznajomy pozwolił sobie do nich zajrzeć, to ty
tym bardziej masz do tego prawo. Po co robić z nich tajemnicę?
Widziała w jaki sposób ją
obserwował, jakby nie dowierzał w to, co się dzieje.
–
Nie patrz na mnie tak, jakbyś widział ducha. To ciągle jestem ja. A teraz
pozwól, że wyjdę na jakiś czas do łazienki.
Pokiwał głową, sadowiąc się na jej
łóżku.
Martina, po umyciu się, spędziła
jeszcze jakiś czas w łazience, patrząc w lustro. Mokre włosy zaplotła w warkocz
i spoglądała na swoją twarz. Czy ta twarz był jej własna, czy to kolejna z
masek, które ciągle wkładała? Na początku chciała się zasłonić, ukryć pod
fałszywym wizerunkiem, a teraz nie umiała odnaleźć siebie. Czy ujawnienie
prawdy jej w tym pomoże? Starała się zebrać w sobie resztki odwagi, które
gdzieś tam jeszcze w niej tkwiły.
Wróciła do pokoju, gdzie Max
siedział zamyślony, podpierając głowę dłonią. Obok leżały materiały, które mu
dała.
–
Chcesz iść teraz do łazienki? Wyjęłam ci ręcznik.
–
Pójdę. Dzięki. – Zerwał się z miejsca.
Martina rozścieliła łóżko i usiadła
na nim, podciągając kolana pod brodę. Wzdrygnęła się na dźwięk otwieranych
drzwi, gdy wrócił Max w samych bokserkach i podkoszulku. Zawiesił ubrania na
krześle i przysiadł się do niej.
–
Twoja mama nie będzie miała nic przeciwko, że będę spał tu z tobą? – spytał,
przytulając ją.
–
Nie odważy się czegokolwiek mi zarzucić – powiedziała, wzdychając i objęła go
mocno.
Max ujął jej twarz w dłonie i mocno
pocałował. Czuła jego gorące usta, ciało, które dawało przyjemne ciepło.
Chwyciła go dłońmi za ramiona, próbując jeszcze mocniej przyciągnąć go do
siebie. Ułożył ją na poduszkach i cmoknął ostatni raz, a sam podparł się na
łokciu, nie spuszczając z niej wzroku.
–
Dlaczego nigdy nie spytałeś mnie o powód wyprowadzki od rodziców? – spytała,
dotykając delikatnie jego trochę zarośniętego policzka.
–
Chciałabyś, żebym pytał? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
–
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, dlaczego ciągle jesteś przy mnie… – Przygryzła
dolną wargę.
–
Może z tych samych powodów, dla których ty jesteś ze mną – stwierdził. – Nie
kochasz mnie – powiedział nagle. Zaskoczył ją i poczuła się, jakby ktoś uderzył
pięścią w jej żołądek. Nie mogła oderwać wzroku od jego oczu, a jednocześnie
starała się powstrzymać drżenie ust.
–
Nie – wyszeptała. – Tak jak i ty… Też mnie nie… kochasz. – Po jej policzku
stoczyła się pojedyncza łza.
Max wstał i Martina była pewna, że
po prostu zabierze swoje rzeczy i wyjdzie, ale on tylko podszedł do okna,
odwracając się do niej plecami.
–
Nie umiem tak zwyczajnie sobie odejść. Potrzebuję kogoś, ale nie potrafię
kochać. Dziewczyny zawsze były… i odchodziły – mówił, a Martina mu nie
przerywała. – Nie mam nikogo, a ty trochę przypominasz mi siostrę, która też
kryła się pod maską zdecydowanej pewności siebie. Wszyscy odeszli… razem. W tym
samym wypadku. Nie wiem, dlaczego ocalałem i później mimo wszystko nie
podążyłem za nimi, ale żyję. Chyba tak miało być… – Głos mu się załamał.
Martina podeszła do niego po cichu i przez chwilę trzymała dłoń nad jego
ramieniem. Bała się go dotknąć, lecz w końcu się zdecydowała. Odwrócił się do
niej i chwycił w ramiona. Pocałował ją w czubek głowy.
–
Chyba lepsi z nas przyjaciele, niż… Może tak powinno zostać? – Ujął jej
podbródek zmuszając, żeby na niego spojrzała.
–
Zgadzam się z tobą. Więc nie stracę przyjaciela? – Spojrzała z nadzieją w jego
oczy.
–
Jasne, że nie.
–
Dziękuję, że mi zaufałeś. Może powinnam zapytać, co ty o mnie wiesz? Tak
ogólnie, nie tylko z tych rysunków. – Położyła dłoń na jego piersi. Max pociągnął
ją w stronę łóżka, gdzie położyli się, a on objął dziewczynę ramieniem.
–
Z tego co się orientuję w sprawie, to uciekłaś stąd przez nich. – Miał na myśli
rodziców. – Myślę, że twój ojciec pił, ale teraz chyba ma to już za sobą. Być
może nawet dzięki tobie. Cieszę się, że zdecydowałaś się wrócić, bo trzeba
jednak cenić wartość rodziny. Rozumiem, że się boisz, ale wiem też, że masz w
sobie na tyle odwagi, żeby walczyć z przeszłością, której przecież już nie
zmienisz… Może teraz powiesz mi, jak to wygląda w rzeczywistości? – Ujął ją za
dłoń.
–
Zaskoczyłeś mnie. To dziwne, że inni wiedzą o mnie aż tyle… To straszne –
przyznała. – Max, gdy przychodzi noc, gdy robi się ciemno, przed oczami stają
mi wspomnienia z dzieciństwa. Widzę pijanego ojca, wciąż czuję ten palący wstyd
i te spojrzenia w szkole… Nie dawałam sobie rady. Prawie się poddałam, ale moja
babcia walczyła o mnie. Szalę przeważył wypadek. Mój ojciec… Prawie zginęliśmy.
Babcia zdecydowała, że wyjadę. To była dobra decyzja. A potem umarła… Odeszła
jedyna bliska mi osoba. Została jeszcze ciocia i potem ty. Wiedziałam, że
ojciec się leczy. Postanowiłam dać im drugą szansę, bo nie umiem inaczej. – Ciężko
było mówić o sobie, dlatego chciała jak najszybciej skończyć. Wszystko znowu
stanęło jej przed oczami i łzy same popłynęły.
–
Płacz, płacz. Ulży ci. – Przytulił ją i
po raz pierwszy nie płakała sama w nocy.
–
Chyba dziś nie zasnę… – wydusiła.
–
Zaśniesz… Będę przy tobie. – Przykrył ją kołdrą. – Proszę. – Podał pluszaka. –
Dobrze, że w końcu wyrzuciłaś to z siebie. Nie trzeba aż tak bać się
przeszłości. Jest częścią nas, czy tego chcemy, czy nie. – Ułożył jej warkocz
na poduszce.
–
Dziękuję, że pomogłeś mi się od tego uwolnić. Czy przyjedziesz w lipcu? –
spytała sennym głosem.
–
Oczywiście, że tak. Spokojnej nocy – szepnął jej do ucha.
–
Dobranoc.
Zasypiała z nadzieją, że obudzi się
następnego dnia, a to wszystko nie okaże się być tylko ulotnym snem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz