środa, 18 marca 2020

#12


„Pojechałam, żeby zobaczyć uśmiech na jego twarzy. To cudowne uczucie, gdy ktoś promienieje na twój widok.”

            Po złej nocy zawsze wstaje zły dzień, bo jakże mogłoby inaczej, gdy jest się zmęczonym z niewyspania a gdzieś w głowie wciąż wracają urywki z dręczących koszmarów?
            Martina była szczęśliwa z Andreasem i nawet przeszłość zeszła na dalszy plan, jednak mimo to straszne sny wracały bolesnymi falami, niosąc ze sobą strach o przyszłość. Skąd się brały? Skąd umysł czerpał te chore wizje rozstania, utraty tej najbliższej ostatnio dla niej osoby? Przecież nic nie wskazywało, żeby coś między nimi się psuło. Rozstanie im nie groziło, chyba że krótka rozłąka związana z kolejnym wyjazdem Andreasa, ale do tego zdążyła się już przyzwyczaić.
            Czyżby aż tak bardzo bała się, że kiedyś w jej życiu może zabraknąć Andreasa? Starała się o tym nie myśleć… A może… Nie, to niemożliwe. Nigdy nie wierzyła w takie rzeczy… Nie ma czegoś takiego, jak prorocze sny, które zwiastują straszną przyszłość.
            W pracy Martina zachowywała się jak robot, wykonując automatycznie każde polecenie. Uśmiechała się do klientów, nie dostrzegając ich twarzy.
– Co się dzieje? – spytała Erika, gdy spotkały się w szatni. Martina przebierała się, kończąc zmianę.
– Nie wyspałam się. – Potarła dłonią skroń. – Znowu…
– Skoro tak nie możesz spać, to wpadnij do mnie na noc. Nie będziemy spały obie. – Poklepała ją pokrzepiająco po ramieniu. – Co będziesz teraz robić? – spytała.
– Idę zmienić mamę w kwiaciarni. Obiecałam, że ją zastąpię. Zresztą przygotowuję się do przejęcia obowiązków. A, właśnie! W przyszłym tygodniu mam kurs, więc…
– Wiem, kochana. Zastąpię cię. – Erika uśmiechnęła się. – Do zobaczenia wieczorem.
– Ale… – zaczęła Martina nie zbyt zachwycona nocowaniem u przyjaciółki.
– Nie słyszałam tego! – Zrobiła gest zatykania sobie uszów. – Widzimy się u mnie! – krzyknęła, wychodząc.
            Martina powlokła się do kwiaciarni, gdzie spędziła resztę dnia. Na dworze pięknie świeciło słońce, więc wyniosła krzesło i rozsiadła się tuż przy wejściu. Dla zabicia czasu zajęła się rysowaniem. Gdy zauważyła zbliżającą się klientkę, którą była starsza pani, od razu weszła do środka.
            Kobieta kupiła sobie bukiet kolorowych kwiatów, twierdząc, że uwielbia mieć w wazonie w pokoju kwiaty, a nie posiada własnego ogródka, by móc sobie je hodować.
– A to? Czy… pani to sama narysowała? – spytała, wskazując na leżący obok na ladzie niedokończony rysunek ogrodu.
– Tak – przytaknęła.
– To jest piękne – powiedziała z uznaniem kobieta.
– Takie tam bazgroły. – Martina machnęła ręką.
– Mogłabym mieć dla pani prośbę?
– Jaka tam ze mnie pani – zaśmiała się. – Po prostu Martina. A o co chodzi? Słucham panią.
– Bo wie pani… No niech będzie! Martino, moja wnuczka uwielbia konie. Całe ściany oblepia zdjęciami i może ucieszyłaby się, gdybym podarowała jej taki rysunek. Tylko czy dałoby się zrobić go w kolorze? Oczywiście, jeśli się zgodzisz. Ja zapłacę!
– Jasne, że mogę to zrobić. W kolorze, jeśli pani sobie życzy i nie oczekuję żadnych pieniędzy – zastrzegła. – Na jutro będzie gotowy.
            Dziewczyna ożywiła się po wyjściu klientki. Wybiegła szybko do sklepu po drugiej stronie ulicy, żeby kupić pastele i od razu zabrała się za rysowanie pasących się na łące koników. Potem przekazała go mamie, wyjaśniając, że zjawi się po niego pewna pani.
– Ty to narysowałaś? – zdziwiła się mama. Martina tylko kiwnęła potakująco głową. – Nie wiedziałam, że tak potrafisz. Od dziecka lubiłaś bazgrolić coś kredkami, ale żeby aż tak?
– Skąd mogłabyś wiedzieć? – Dziewczyna wzruszyła ramionami. Cóż, nie było tajemnicą to, że matka nie wiedziała zbyt dużo o córce. – Dziś nocuję u przyjaciółki – poinformowała mamę.
– Czekaj, czekaj.. – Złapała ją za ramię, ale szybko opuściła rękę, jakby zaskoczona własną reakcją i poufałością w stosunku do córki. – To bez sensu, żebym komentowała twoje znajomości, bo i tak puścisz mimo uszu moje słowa. Jednak, czyżbyś ty miała mi coś do zarzucenia? – oburzyła się.
– Nie, niczego ci nie zarzucam… – powiedziała, zamyślając się. – Właściwie to zawsze cię usprawiedliwiałam przed sobą i przed innymi. I wiedz, że nigdy nie ignoruję twoich słów, a raczej przechowuję je głęboko w sercu… – Chciała jeszcze dodać, że nie jest w stanie ich zapomnieć, bo czasem tak bardzo bolą. Jednak przemilczała to.
– Jakoś ciężko mi w to uwierzyć. – Mama skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na córkę z miną wyrażającą powątpiewanie. – A co do tego nocowania, to weź po prostu przyznaj, że wybierasz się do tego twojego…
– No kogo? Dokończ! – krzyknęła. – Jakim prawem chcesz go oceniać, skoro nawet go nie znasz?! Gdybyś poznała jego, jego rodzinę… Może wtedy to, co sobie wyobrażasz nawet nie przeszłoby ci przez myśl. – Martina czuła narastającą złość, która powoli ogarniała całe jej ciało, spalając ją od wewnątrz niczym ogień.
– Właśnie, ja nawet nie wiem jak on się nazywa – powiedziała ze spokojem mama, czym jeszcze bardziej zdenerwowała Martinę.
– Nazywa się Andreas Wellinger i gdybyś choć odrobinę interesowała się tym, co się wokół ciebie dzieje, wiedziałabyś kim jest i że obecnie wyjechał na zawody, więc niestety nie mogę się z nim spotkać!
– Ojej! Nie wiedziałam, że twój chłopak jest aż taką ważną osobistością – rzuciła z ironią.
– A żebyś wiedziała! Ale co cię to w ogóle obchodzi?! Ja wychodzę, a tobie życzę miłego wieczoru. Ups! – Udawała, że zasłania sobie usta dłonią. – Czyżby to miał być kolejny wieczór spędzony z ojcem w milczeniu przed telewizorem? – dodała, patrząc na matkę wyzywająco, a potem zwyczajnie wyszła, trzaskając drzwiami.
            Skręciła w jakąś pustą uliczkę, gdzie przykucnęła, opierając plecy o chłodny mur. Czy powiedziała za dużo? Nie miała sobie za złe tego wybuchu, bo uważała, że nie był zupełnie bezsensowny. Niech matka wie, co jej leży na sercu i że nie jest zupełnie ślepa czy obojętna na to, co się dzieje w domu. Nie miała zamiaru przepraszać, a tym bardziej czuć się winną. A może później zmieni zdanie? Może to złość nie pozwalała jej myśleć racjonalnie? Widziała jak trzęsą jej się ręce i nawet nie była w stanie płakać.
            Wzięła trzy głębokie oddechy i spróbowała się uśmiechnąć. Tak, maska radości, choć może odrobinę sztuczna, pasowała całkiem dobrze i spełniała swoją rolę. Teraz Martina mogła udać się do Eriki.
            Tam zaskoczyła ją obecność Maksa, bo, szczerze powiedziawszy, nastawiła się już na babski wieczór. Jednak przyjaciele mieli zupełnie inne plany, które zamierzali wprowadzić w życie, spoglądając na siebie porozumiewawczo.
– Chcielibyśmy ci coś powiedzieć… A właściwie złożyć interesującą propozycję – zaczęła Erika.
– Nie do odrzucenia – dodał Max. – Ja nawet twierdzę, że jeszcze będziesz nam wdzięczna za ten szalony pomysł.
– Szalony? – Martina spoglądała niepewnie na dwójkę przyjaciół. – Co wy takiego wymyśliliście?
– Robimy sobie wakacje – powiedział z dumą Max. – A ty razem z nami. Wyjeżdżamy jutro – dodał rzeczowo.
– Ale jak to tak..? Przecież mamy pracę i … – Martina była bardzo zaskoczona. Przez chwilę nawet myślała, że to tylko zwykły żart, lecz nie wiedziała jaki mógłby mieć sens.
– Ej! Siedź cicho! Nic jeszcze nie wiesz, a już chcesz znaleźć miliony przeszkód. Po prostu nie myśl tyle i niech wystarczy ci tylko krótka informacja, że wszystko jest załatwione i zaplanowane przez nas. Jedyne co musisz zrobić, to się spakować, ale nie martw się, bo zdążysz to zrobić jutro.
– Proszę, przecież musicie mi powiedzieć, dokąd się wybieracie i o co w tym wszystkim chodzi, skoro ja też mam z wami jechać. – Martina spojrzała na nich błagalnie.
– Nie przejmuj się nim. – Erika wskazała na Maksa. – Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Albo i nie… – Zmarszczyła czoło.
– Cześć wszystkim! – Do pokoju, w którym siedzieli, wparowała uśmiechnięta od ucha do ucha Julia. – Dlaczego macie takie miny? – spytała zaskoczona. – Pukałam, ale chyba nikt nie usłyszał, więc weszłam…
– Ty też? – spytała Martina, ale w jej głowie wszystko powoli zaczynało się układać w jedną sensowną całość. Domyśliła się, że ten wakacyjny wyjazd musiał być pomysłem siostry Wellingera, która, pewnie za namową brata, chciała wyciągnąć ją na konkurs skoków.
– Co: ja też?! – Julia była jeszcze bardziej zdezorientowana. – Czy wy nic jej nie powiedzieliście? – Spojrzała z wyrzutem na pozostałą dwójkę.
– Właśnie chciałam jej wszystko wyjaśnić, lecz zjawiłaś się tak nagle… – tłumaczyła Erika. – A tak w ogóle to Max wszystko zepsuł – powiedziała oskarżycielskim tonem.
– Oczywiście! Wszystko co złe to moja wina! – Odwrócił się od swojej dziewczyny.
– Moja droga, zaraz ci wszystko wytłumaczę. – Julia zwróciła się do Martiny. – Jedziemy jutro z rodzicami wspierać Andiego, bo rzadko mamy okazję zaszczycać go naszą obecnością na konkursach. Mogę zabrać przyjaciół, więc postanowiłam zaproponować wam tę wycieczkę. Oni już się zgodzili i mieli jeszcze ciebie jakoś przekonać, ale widać, co z tego wyszło. – Usiadła na kanapie obok Maksa.
– Ale przecież nie musicie mnie do tego przekonywać. – Martina wzruszyła ramionami.
– Słyszałam od Andiego…
– Wiem, co chcesz powiedzieć, ale to co innego. Nie chciałam jechać z nim, co nie znaczy, że nie chcę jechać jako kibic. Mówiłam mu to – wyjaśniła.
– Widzicie? – Max się ożywił. – I po co było robić te całe podchody? – Spojrzał najpierw na Erikę, potem na Julię z wyższością. – Wygrałem zakład! Coś mi się chyba teraz za to należy. – Przysunął się do swojej dziewczyny. – Dostanę chociaż małego buziaka? – Zamrugał oczami.
– Czy przed chwilą się na mnie nie obraziłeś? – Spojrzała na niego wymownie.
– Może tak, ale już mi przeszło. – Machnął ręką i próbował skraść jej całusa.
            Martina patrzyła na nich z uśmiechem, bo cudownie było widzieć szczęście bliskich jej osób. To ją pozytywnie nastrajało, czego jednak nie można było powiedzieć o siostrze Andiego, która spuściła wzrok, jakby nie chciała widzieć czułości Eriki i Maksa. Martinę to zainteresowało, lecz nie była w stanie znaleźć sensownego wytłumaczenia.
– Teraz twoja kolej. – Max odwrócił się do Julii i nadstawił policzek. Dziewczyna podniosła wzrok i z pewną nieśmiałością musnęła wargami jego twarz.
            Patrząc na nich, Martinę uderzyło to, jak razem wyglądali. Jakby byli stworzeni dla siebie… Lecz to niemożliwe, bo Max kochał Erikę, a Julia traktowała go jak kumpla. Jednak nie tylko fizycznie do siebie pasowali, ponieważ Julia miała w oczach to samo, co Martina widziała już kiedyś w oczach Maksa. Zauważyła u niej ten błysk, gdy dziewczyna odsuwała się od chłopaka. Trwało to może ułamek sekundy, ale Martina była wyczulona na takie drobne detale, bo już niejedno w życiu widziała i sama czuła… Czyżby Julia wspominała coś… lub kogoś, kogo straciła? To samo widziała w oczach Maksa, gdy opowiadał o rodzicach i siostrze…
– Nie po to tu jednak jesteśmy. – Julia wróciła do rzeczywistości. – Musimy przygotować transparent! Przywiozłam potrzebne materiały i liczę na waszą pomoc, bo z tego co wiem, to ktoś tu ma talent artystyczny. – Uśmiechnęła się do Martiny.
            Pół nocy pracowali nad transparentem, ale efekt był bardziej niż zadowalający. Dzięki rysunkowi Martiny miał ogromne szanse wyróżniać się na tle innych. Dodali też hasło, nad którym bardzo długo myśleli, gdyż jakoś nic wyjątkowego nie przychodziło im do głowy. Ostatecznie napisali: „Skacz Andi! Nie ważne jak daleko – dla nas zawsze będzie najdalej!”
            Następnego dnia wszyscy zapakowali się do samochodu Julii, by jechać do Martiny, gdyż dziewczyna też musiała się spakować, skoro mieli spędzić tam dwa dni. Szybko wrzuciła do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy i ubrań. Rodzicom zostawiła tylko krótką informację na kartce. Nie miała zamiaru przejmować się tym, że o niczym ich nie uprzedziła.
            Potem udali się do państwa Wellingerów, gdzie przesiedli się do większego busa, którego zorganizował ojciec Andreasa.
            Droga minęła im bardzo szybko. Martina prawie cały czas drzemała ukołysana monotonną jazdą i wreszcie mogła trochę wypocząć. Co jakiś czas jednak do jej uszów docierały bezsensowne strzępki rozmowy, którą toczyła Julia ze swoimi rodzicami. Słyszała też cichy szept dochodzący z tyłu, gdzie siedzieli Max z Eriką.
            Na miejscu zakwaterowali się w hotelu i nawet zostało im jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia kwalifikacji. Wybrali się jednak wcześniej pod skocznię, lecz nie mieli zamiaru ujawniać swojej obecności Andreasowi. Chcieli zrobić mu niespodziankę dopiero następnego dnia podczas konkursu. Nie chcieli go stresować.
            Całkiem sporo ludzi przyszło podziwiać skoki treningowe i późniejsze – kwalifikacyjne. Wszystkim Niemcom szło bardzo dobrze, co zapowiadało udany konkurs.
            Martina oczywiście najwięcej uwagi poświęciła ukochanemu, drżąc ze strachu, żeby tylko nic mu się nie stało, jednocześnie pragnąc, by poszło mu jak najlepiej. Wcześniej nawet sobie nie wyobrażała, że kibicowanie na żywo może dostarczyć tak wielu emocji.
            Wieczorem po wspólnej kolacji udali się do swoich pokoi. Martina dzieliła swój z Julią, która znowu wpadła w niewyjaśnione zamyślenie i nawet wyszła gdzieś. Martina nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić, bo choć już dawno się ściemniło, to nie wyobrażała sobie, że mogłaby położyć się i zasnąć. Zarzuciła więc na ramiona gruby sweter, bo wieczory naprawdę potrafiły być już bardzo zimne i wyszła do ogrodu.
            Księżyc świecił wysoko na niebie, przyćmiewając blask gwiazd. Było tak jasno, że z łatwością zauważyła siedzącą na ławce dziewczynę oświetloną srebrzystą poświatą.
            Podeszła powoli i usiadła obok.
– Skąd wiedziałaś, że tu jestem? – spytała Julia.
– Nie wiedziałam. Też nie mogę zasnąć – odpowiedziała.
            Gdy siedziały w milczeniu i oddychały czystym chłodnym powietrzem, w kieszeni jej spodni zawibrował telefon. To Andreas przysłał wiadomość z pytaniem, czy już śpi. Odpisała szybko, że nie, gdyż podziwia nocne niebo. Uśmiechnęła się do siebie na wieść, ze Andi robi to samo.
Pisał także, że tęskni i tak bardzo chciałby, żeby była z nim. Teraz i jutro podczas konkursu. Nie chcąc zdradzić mu prawdy, poradziła, żeby pomyślał życzenie, gdy zauważy spadającą gwiazdę, a na pewno się spełni.
– Andi nie daje ci spokoju? – spytała Julia.
– Ciągle wypomina mi, że z nim nie pojechałam.
– To się biedaczek jutro zdziwi. Chociaż, czy on taki biedny? Przecież wie, że zawsze na niego czekasz i ma do kogo wracać…
            Martina chciała wykorzystać ten moment, żeby trochę wypytać dziewczynę, sprowokować ją do wyznań, lecz bała się, że może ją zranić.
– Słyszałam, że przeżyłaś nieszczęśliwą miłość. Wciąż nie możesz się pozbierać? – Spróbowała zacząć rozmowę.
– Ach, ten Andi. Trochę źle to wywnioskował… Gdyby to była nieszczęśliwa miłość, to nawet łatwiej byłoby mi się z tym pogodzić, ale jak zrozumieć, że odchodzi osoba, która cię kochała?
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Martina próbował zrozumieć to, co chciała przekazać Julia.
– Zostaliśmy rozdzieleni wbrew naszej woli – wyjaśniła.
– Zabroniono wam się spotykać? – Martina nie mogła w to uwierzyć.
– Na początku tak, lecz pewnie byśmy to zignorowali. A później… Nie da się wygrać z czymś, co ma władzę nad naszym życiem…
            Teraz zrozumiała. Zarówno słowa, jak i dziwne nastroje oraz ten błysk w oczach. Julia straciła kochaną osobę nie przez rozstanie… Zabrała ją śmierć.
– Był taki pełen życia i zwariowany, gdy się poznaliśmy. Choroba przyszła nagle i nie miała zamiaru odpuszczać. Jego rodzice znaleźli jakąś cudowną klinikę i postanowili wywieźć go za granicę. To nic… Jednak nie pozwolili mi utrzymywać z nim jakichkolwiek kontaktów, a on nie miał siły, by protestować. To było straszne… Tak bardzo chciałam być wtedy przy nim… Odszedł miesiąc później, o czym dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. To był dla mnie cios. Możesz wyobrazić sobie to, że nie było mnie przy nim, gdy umierał? Gdy tak bardzo mnie potrzebował?
            Martina przytuliła dziewczynę tak mocno, jakby chciała wchłonąć choć odrobinę bólu, który musiał przepełniać jej serce.
– Dlaczego nikomu wcześniej tego nie powiedziałaś?
– Nie umiałam – przyznała się Julia, która nie płakała. Pewnie i tak już wystarczająco dużo łez wylała. – Ty jesteś inna. Nie znam twojej historii, lecz zauważyłam, że też masz w sobie ból.
– Znasz moją historię, bo wiesz, co wydarzyło się z Sandrą w roli głównej. Moja historia jest taka, jak większości dzieci wychowanych w rodzinach alkoholików.
            Siedziały jeszcze chwilę w milczeniu, a potem udały się do środka. Wracając, Martina zauważyła kątem oka świetlistą smugę przecinającą niebo. Telefon znów zawibrował.
„Właśnie spadła gwiazda. Życzenie zostało wysłane. Pozostało mi tylko czekać do jutra, by sprawdzić, czy się spełni.”
            Nic mu nie odpisała. Niech żyje w niepewności, a zresztą i tak nie była w nastroju.
            Na szczęście kolejny dzień powitał ich piękną słoneczną pogodą i nocne smutki poszły w zapomnienie. Chcąc sobie zająć dobre miejsce, wybrali się odpowiednio wcześniej, ponieważ chcieli widzieć wszystko z bliska i zależało im też, żeby Andreas dostrzegł ich transparent. Rodzicom bardzo spodobało się hasło, które wymyślili.
            Seria próbna przebiegła sprawnie, a później zaraz rozpoczęła się pierwsza seria konkursowa. Po swoim skoku zauważył ich Andreas Wank, który wyjątkowo ochoczo rozdawał autografy.
– Cześć wszystkim! – Uśmiechnął się. – Wellinger nie wspominał, że będzie miał takie wsparcie.
– Bo o niczym nie wiedział – powiedziała Julia.
– To tym bardziej się ucieszy. Jakoś słabo wyróżniacie się z tłumu. Nie macie żadnej flagi? – Zmarszczył czoło.
– Mamy tu coś specjalnego, ale ujawnimy dopiero tuż przed skokiem Andiego – wyjaśniła pani Wellinger.
– Zazdroszczę temu gamoniowi. Oczywiście bez urazy. Ja lecę! Do zobaczenia!
            Czekali w niecierpliwości, aż Andreas zasiądzie na belce startowej. Gdy komentator zapowiedział, że kolejnym zawodnikiem będzie właśnie Andi, to rozwinęli swój transparent i zastygli w oczekiwaniu na jego skok.
            Wstrzymali oddech, gdy zachwiał się przy lądowaniu, ale wszystko skończyło się dobrze i Andreas uzyskał bardzo dobry wynik. Na telebimie ujrzeli jego uśmiechniętą twarz i kciuk uniesiony do góry. Potem realizator wychwycił ich grupę oczekującą na informację o miejscu Andiego. Uradowani zaczęli machać jak opętani i podskakiwać.
            Potem ich oczom ukazał się Wellinger, który najwyraźniej też spoglądał na duży ekran. Od razu ich rozpoznał i zaczął szukać w tłumie kibiców. Gdy tylko ich spostrzegł, a przy jego nazwisku i nocie wyświetliła się jedynka, co znaczyło, że objął prowadzenie, jeszcze bardziej się rozpromienił.
            Martina się nie spodziewała, że Andreas rzuci tylko narty i buty i, przeskoczywszy barierkę, przybiegnie do nich.
– Jesteście! – wykrzyknął. – Moje życzenie naprawdę się spełniło. – Martina poczuła, jak obejmuje ją ciasno, a ich usta na ułamek sekundy się spotkały. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję wam! – krzyknął i zniknął tak szybko jak się pojawił, wzywany przez człowieka zajmującego się organizacją zawodów.
            Martina zrozumiała już dlaczego Andreas tak bardzo chciał, by była obecna na zawodach. Cieszyła się także, że jednak dzięki przyjaciołom pojechała i mogła zobaczyć cudowny uśmiech na twarzy kochanej osoby. Wspaniale było widzieć jego radość i wdzięczność. Tak bardzo go kochała w takich momentach i sama czuła się kochana.

wtorek, 3 marca 2020

#11


„Dlaczego niektórych spotyka w życiu tyle złego? I dlaczego ci, w których powinno się mieć oparcie, krzywdzą najbardziej?”

            Andreas obudził się z potwornym bólem głowy i suchością w ustach. Nie wiedział, czy wydarzenia minionej nocy były tylko dziwnym snem, czy jawą. Tak wiele by dał w tym momencie, żeby prawdą okazało się to pierwsze. Nie musiał jednak czekać zbyt długo, żeby złudzenia rozwiały się niczym poranna mgła. Wystarczyło, że wyszedł z pokoju, a od razu natknął się na Julię.
– Ty jeszcze tutaj? Nie sądzisz, że powinieneś być teraz z Martiną? – spytała.
– Przecież chciała być sama… – wybąkał z wysiłkiem.
– Chyba już wystarczająco długo była sama. A ty nadal nie wytrzeźwiałeś. – Pokiwała bezradnie głową. – Weź się ogarnij, bo kiepsko wyglądasz. Daję ci dziesięć minut, a potem cię do niej podwiozę. – Popchnęła go w kierunku łazienki.
– Miałaś rację… Nigdy nie lubiłaś Sandry… – mruczał pod nosem. – Co ty tak w ogóle troszczysz się o mnie i o Martinę? – spytał jeszcze, patrząc na siostrę podejrzliwie.
– Może ja po prostu chcę, żeby wam się udało? Żebyście byli szczęśliwi? – zmieszała się, ale szybko znalazła wytłumaczenie. – Pospiesz się, bo zaraz mi się odechce.
            Do Andreasa niewiele docierało i nawet gdy stał przed drzwiami domu Martiny, nie mógł pozbierać myśli. W głowie wciąż czuł tępy ból, lecz powoli wracał do rzeczywistości. Zwłaszcza że pukał, dzwonił do drzwi i nikt nie otwierał. To sprawiało, że zaczął się denerwować i odwrócił się za siebie, napotykając zmartwiony wzrok siostry, która jeszcze nie zdążyła odjechać. Wybrał numer Martiny, ale nie odbierała, dlatego spróbował nacisnąć klamkę drzwi, które, o dziwo, ustąpiły. Z jednej strony poczuł ogromną ulgę, ale zaraz się przeraził, myśląc, co może zastać w środku.
            Wszedł bardzo cicho i prawie bezszelestnie zamknął za sobą drzwi. Przystanął w ciemnym korytarzyku, nie wiedząc, gdzie najpierw się udać. Już miał wykrzyknąć imię dziewczyny, gdy powstrzymał go jakiś szelest.
– Zawiodłam cię. – Zza ściany dobiegł go głos Martiny, ale jakiś zmieniony. Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Czyżby Martina miała gościa? Ale nawet jeśli, to dlaczego nie przyszła otworzyć drzwi?
– Zrobiłaś dla mnie tak wiele. Uwolniłaś mnie, dając mi drugie życie, nowe życie. A ja? Zniszczyłam wszystko, wracając i licząc na… Na co? Na co ja w ogóle liczyłam?! – Andreas słuchał, jak Martina ledwo wydobywa z siebie głos przerywany niepowstrzymanym napadem szlochu. Czuł się potwornie ze świadomością, że podsłuchuje, ale jednocześnie chciałby natychmiast znaleźć się przy niej i mocno ją przytulić. Mimo to powoli zbliżał się do pomieszczenia, skąd dochodził głos.
            W końcu stanął w progu i wtedy dopiero serce zaczęło mu się krajać. Martina siedziała przy stole, właściwie to ledwo trzymała się w pozycji pionowej. W rękach ściskała zdjęcie, do którego mówiła, a tuż przy niej stały dwie puste butelki po winie i kieliszek do połowy pełny czerwonej cieczy.
– Wszystko zniszczyłam swoim powrotem! Twoja śmierć poszła na marne…
            Wellinger poruszył się, co bardzo wystraszyło dziewczynę. Łokciem strąciła szklaną butelkę, która roztrzaskała się na kuchennych płytkach. Nie zważając na to, podbiegł do niej w końcu, a Martina próbując stanąć na nogach, osunęła się wprost w jego ramiona. Przykucnął, sadzając ją sobie na kolanach i zamknął w uścisku jej wątłe i jakże bezwładne w chwili obecnej ciało. Poczuł jak z siłą uczepiła się palcami jego koszulki.
– Dobrze, że jesteś – wybełkotała.
– Już dobrze… – Gładził ją po plecach. – Musisz się położyć i odpocząć.
            Kiwnęła potakująco głową, chwytając go za szyję.
            Ostrożnie wniósł ją na górę i położył na łóżku w jej pokoju. Lecz Martina nie chciała leżeć. Usiadła i chwyciła go za ramię.
– Nie zostawiaj mnie! – wyznała łamiącym się głosem.
            Objął ją ramieniem i wyjął chusteczkę, żeby otrzeć jej twarz z łez i czarnych smug rozmazanego tuszu do rzęs. Delikatnie oczyścił okolice oczu dziewczyny z resztek makijażu.
            Trudno było mu oglądać ją w takim stanie, gdyż wyglądała jak kupka nieszczęścia z twarzą opuchniętą od płaczu i w podwiniętej sukience, której ramię opadało, odsłaniając zbyt wiele.
– Nie patrz tak na mnie… – szepnęła. – Tak bardzo cię za wszystko przepraszam.
– Nie masz za co… – przyznał szczerze. To raczej on mógł się czuć winnym, gdyż jego znajoma doprowadziła do tej sytuacji. – Ja się na ciebie nie gniewam.
– Pierwszy raz wypiłam dziś alkohol. Nie powinnam była tego robić.
– Oj, moja maleńka… Od jednego upicia się nie wpadniesz w uzależnienie. – Uniósł jej podbródek, próbując zmusić, żeby spojrzała na niego, lecz jej wzrok był zbyt rozbiegany.
– Spójrz! – W ręce nadal trzymała zdjęcie. – To moja babcia, która była jedyną osobą na świecie rozumiejącą, przez co przeszłam… Ona przechodziła to ze mną… Chciała mnie uwolnić, lecz zawaliłam… – Wargi niebezpiecznie jej drgały, ale chyba nie miała już siły płakać i oczy też nie były w stanie ronić kolejnych łez.
– Twoja babcia zawsze będzie przy tobie, dopóki ty będziesz nosić w sercu pamięć o niej. Zresztą teraz masz Maksa, Erikę i… mnie. Gdybyś tylko zechciała we mnie uwierzyć i choć odrobinę mi zaufać… – Starał się mówić łagodnie i delikatnie. Dobierał słowa z uwagą, żeby jej nie spłoszyć, bo choć była pijana, zdawała się być w zupełności świadoma tego, co mówi i tego, co się wokół niej dzieje.
– Wszystko ci opowiem. Dokładnie tak, jak było i jak to przeżywałam. Tym razem ci to obiecuję.
– Trzymam cię za słowo. – Spróbował się uśmiechnąć i w odpowiedzi dostał niewyraźny, lecz znaczący grymas twarzy.
– Chcesz się położyć? – spytał po chwili.
            Kiwnęła potakująco głową i zaczęła bezradnie niszczyć resztki upięcia na głowie. Zaproponował pomoc, ale najpierw zaczął od butów. Przerzucił sobie przez kolano jej nogi i przez dłuższy moment mocował się z zapięciem. Potem dopiero powoli zabrał się za wyciąganie wsuwek podtrzymujących fryzurę.
– Wygodniej by ci było, gdybyś się przebrała – zauważył. Na jej prośbę wyjął z szafy dresy.
– Mógłbyś mi pomóc? – spytała niepewnie, zmagając się z obcisłą sukienką i zamkiem na plecach.
– Oczywiście. – Pomógł jej zdjąć sukienkę. Zatrzymał chwilę wzrok na ciele dziewczyny odzianym tylko w ciemną bieliznę, lecz zaraz przepędził z głowy głupie myśli, których sam się zawstydził, patrząc, jak Martina kurczy się pod jego spojrzeniem. Podał jej strój na przebranie.
– Nie zostawiaj mnie samej, proszę. – W jej głosie dała się słyszeć panika.
– Zostanę.
            Położył się obok niej, tuląc ją. Po miarowym, spokojnym oddechu rozpoznał, że zasnęła.
            Wtedy wstał posprzątać bałagan w kuchni. Podczas tej czynności coś go natchnęło, żeby zadzwonić do Eriki i poinformować ją, że Martina nie będzie w stanie przyjść do pracy.
            Następne dni były w gruncie rzeczy normalne, choć czuł się dziwnie. Jakby był obserwowany, sprawdzany… Nawet przez Martinę…
            Jakże się zdziwił, gdy w sobotni wieczór wrócił do domu i zastał go… pustym? Coś było nie tak, ale co?
            Zajrzał do kuchni, potem do pokoju rodziców, ale nikogo tam nie zastał.
– Mamo?! Julia?! – zawołał. Czekał na jakikolwiek dźwięk, szmer… Chyba nikogo naprawdę nie było w domu, ale dlaczego drzwi zostawili otwarte?
            Dookoła czuł dziwne napięcie, jakby atmosferę wyczekiwania. Aż sam wstrzymał oddech, nadsłuchując, lecz w uszach dzwoniła mu tylko cisza. Wzruszył ramionami i ostatecznie zajrzał jeszcze do salonu.
            Zaledwie uchylił drzwi, a od razu zobaczył zebranych tam ludzi ustawionych wokół ogromnego tortu, na którym mama zapalała właśnie ostatnią, zapewne dziewiętnastą świeczkę. W tym momencie rozległ się chóralny okrzyk z życzeniami dla niego. Nie mógł uwierzyć, że zrobili mu taką niespodziankę. Jednym zdecydowanym podmuchem zgasił wszystkie świeczki, życząc sobie jak najwięcej takich wspaniałych chwil. Potem jego oczy napotkały spojrzenie Martiny, która też przyszła. Uściskał ją, a później pozostałych: rodziców i siostry. Nawet najstarsza z rodzeństwa, Tanja, zaszczyciła go dziś swoją obecnością. Był pod wrażeniem, ale wiedział też, komu powinien zawdzięczać obecność Martiny. Tylko Julia była w stanie namówić, czy przekonać ją, do pojawienia się w ich domu i zapoznania z rodzicami.
            Martinie chyba nawet to wszystko się spodobało, bo uśmiechała się i bez skrępowania rozmawiała z jego mamą. Puścił oczko do Julii, która udała, że nie wie, o co chodzi.
            Gdy posiedzieli wszyscy razem i zjedli po dużym kawałku tortu, każdy miał coś jeszcze do zrobienia i musiał iść do swoich spraw.
– Ja też zostawiam was samych. – Julia szturchnęła Wellingera. – To nie koniec niespodzianek, kochaniutki – szepnęła mu do ucha i potargała jego misternie ułożoną fryzurę.
– Ej! Co robisz? – obruszył się. – I w ogóle co to ma być?! – dodał zdezorientowany, gdy siostra posłała znaczące spojrzenie Martinie i mrugnęła okiem z rozbawieniem.
– Nie zwracaj na nią uwagi. – Martina machnęła ręką.
– Zrobiłaś mi bardzo miłą niespodziankę. – Zbliżył się do dziewczyny i ujął jej dłonie. Stali, patrząc sobie w oczy. – Nie przypuszczałem, że zdecydujesz się wziąć udział w takim naszym małym rodzinnym spotkaniu. – Cmoknął ją w usta.
– Kiedyś pewnie bym tego nie zrobiła, ale przy tobie się zmieniam… – Zrobiła krok w jego kierunku.
– Dobrze, że już zostaliśmy sami… – Odgarnął jej włosy, odsłaniając ucho. – Bardzo mi się dziś podobasz – szepnął i pocałował ją w szyję.
            Niestety, musiał się od niej odsunąć, bo ktoś im przeszkodził.
– Przepraszam. – Mama chrząknęła, wchodząc do pokoju. – Przyszłam posprzątać. Myślałam, że już nikogo tutaj nie ma.
– My już wychodzimy. Zabiorę Martinę do siebie – powiedział.
– Miłego wieczoru.
– Dziękujemy, mamo.
            Zaprowadził dziewczynę do swojego przestronnego pokoju, ale mimo tego, że zapadał zmierzch, nie zaświecił światła. Coś przykuło jego uwagę.
– A to co? – Za oknem dostrzegł blask. Coś paliło się na balkonie?
– To… taka moja… niespodzianka – wyznała Martina trochę zdenerwowana. – Z okazji urodzin i w ramach podziękowania za wszystko.
            Wyszli na balkon, gdzie stał mały stolik, na którym paliły się świece. Były przygotowane dwa krzesła, był też tort i zapakowany prezent.
– Ty to wszystko przygotowałaś? – spytał mocno zaskoczony, bo czegoś takiego na pewno się nie spodziewał.
– Z małą pomocą twojej siostry, bo niby kto wpuściłby mnie do twojego pokoju. Chodź. – Pociągnęła go za rękę. – Zdmuchnij tę symboliczną świeczkę, tylko wcześniej pomyśl życzenie – upomniała go.
            Spojrzał na dziewczynę zachwycony, myśląc o tym, że nie rozumie jak mógł wcześniej żyć bez niej. Była cudownym dopełnieniem i, nawet wprowadzając zamęt, sprawiała, że naprawdę żył. Życzył więc sobie, żeby wreszcie mu zaufała i otworzyła się przed nim i żeby nigdy nie zabrakło jej w jego życiu.
            Zamknął oczy i zdmuchnął mały płomyk, a jego życzenie uleciało wraz z dymem w ciemność nocy. Martina wyjęła talerzyki i ukroiła im po kawałku tortu, a gdy usiedli przy stoliku, podsunęła mu nieduży pakunek.
– Otwórz – poleciła.
– O rany! – westchnął, gdy uporał się z opakowaniem. – To jest śliczne. Dziękuję. – Naprawdę spodobała mu się ramka, którą mu podarowała, a szczególnie rysunek ich obojga przytulonych do siebie. Choć oczywiście zrobiła to tak, żeby nie rysować swojej twarzy.
– Wiem, że to głupota, ale nie miałam pojęcia, co mogłabym ci podarować – tłumaczyła się.
– Ej, czym ty się przejmujesz? Ja sam nie byłbym w stanie wymyślić lepszego prezentu. Jestem zachwycony, tylko gdzie jest twoja twarz? Zawsze musisz ją ukrywać…
– Myślisz, że tak łatwo narysować samą siebie? Po prostu nie potrafię tego zrobić.
– W porządku. I tak mi się podoba. – Spojrzał na resztkę ciasta na swoim talerzyku. – Chyba będziesz musiała pomóc mi to zjeść, bo już nie dam rady wepchnąć w siebie ani odrobiny. Zresztą i tak za dużo dziś zjadłem tych słodkości. – Wyciągnął w jej kierunku łyżeczkę z tortem.
– Przestań. Ja też już nie mogę. – Odwróciła twarz.
– Ty jesteś szczupła, więc nie zaszkodzi, jeśli trochę przytyjesz. – Próbował wetknąć jej łyżeczkę do ust, brudząc jej przy okazji policzek.
– Zobacz, co na… – Gdy otworzyła usta, żeby to powiedzieć, wreszcie mu się to udało. – …robiłeś. – Przełknęła kawałek ciasta. Potem wyjęła lusterko i chusteczkę, żeby wyczyścić twarz. – Wariat!
– Przygotuj się tym razem, bo jeszcze trochę mi zostało. – Wskazał na swój talerz.
– Nie wygłupiaj się. – Spojrzała na niego poważnie. – Chciałam z tobą porozmawiać. Wiesz przecież, co ci obiecałam, dlatego nie chcę już więcej zwlekać.
            Wtedy opowiedziała mu wszystko o sobie od czasu, gdy była jeszcze małym dzieckiem i nie mogła zasnąć w nocy przez krzyki matki i gdy się moczyła. Dowiedział się, jak często była świadkiem strasznego stanu ojca, a jedyną osobą, u której szukała schronienia, była jej babcia. Potem wspomniała o problemach w szkole, o poniżaniu, wyśmiewaniu i o Sandrze, która codziennie dopełniała czarę goryczy. Wyznała wszystko o swojej chęci poddania się i porzucenia tego pełnego bólu i niezrozumienia życia, lecz nie była w stanie się na to zdobyć. Opowiedziała o wypadku, który zdecydował, że jej babcia powiedziała „dość” i wysłała ją do cioci, gdzie mieszkała i żyła przez ostatnie cztery lata i poznała Maksa.
– Wiedziałam, że ojciec przestał pić, ale nie zdawałam sobie sprawy, ze aż tak oboje z matką się zmienili. Nie wiem już nawet czy na lepsze. Wróciłam, bo łudziłam się, że może nam się uda zacząć wszystko od początku, ale to nie jest takie proste. Nawet na siebie nie patrzymy… – Spuściła wzrok. Ujął ją za dłoń, by dodać otuchy. – Ciebie zobaczyłam pierwszy raz trzeciego dnia po powrocie tutaj. Zobaczyłam twoje oczy i bardzo się zdziwiłam, że oczy w ogóle mogą mieć tak intensywny kolor i dlatego się uśmiechnęłam… Wtedy ty też się uśmiechnąłeś… – Po jej policzku stoczyła się pojedyncza łza, choć przecież uśmiechała się do swoich świeżych jeszcze wspomnień.
– Chodź do mnie – poprosił, ale cały czas nie wypuszczał jej ręki.
            Posadził ją sobie na kolanach.
– Od tego momentu nie minęło wcale tak dużo czasu, a przecież tyle wydarzyło się w moim życiu. Szkoda tylko, że w domu wciąż to samo… Taka dziwna niechęć, cisza i wiszące  w powietrzu wzajemne oskarżenia – westchnęła głęboko, boleśnie.
            Pogłaskał ją po policzku i scałował kolejną łzę.
– Przytul mnie – poprosiła, obejmując go za szyję.
– Oczywiście, kochanie. – Objął ją, tuląc mocno do siebie tak, że czuł jak mocno bije jej serce. Nie umiał sobie wyobrazić, że tyle przykrości spotkało ją w życiu i że musiała sobie ze wszystkim radzić sama. Sam wychowywał się i dorastał w atmosferze ciepła i miłości, więc ciężko było mu zrozumieć, że najbliżsi mogą być przyczyną smutku i cierpienia. Przecież to oni powinni być dla każdego największym oparciem w ciągu całego życia.
– Zobaczysz, że jeszcze wszystko się ułoży – powiedział. – Może powinniście się tak porządnie pokłócić i wyrzucić wszystko, co wam leży na sercu. Wtedy wam ulży. – Nie wiedział jak ma ja pocieszyć. Bał się trochę, że powie coś głupiego i tylko pogorszy sprawę, ale mimo to gadał.
– Nie umiem z nimi rozmawiać, a co dopiero się kłócić – powiedziała, odsuwając się od niego. – Zresztą to by tylko pogorszyło sprawę. – Bawiła się guzikiem od jego koszuli.
– My w domu często się kłócimy, choć wcale nie żyjemy ze sobą źle.
            Nic nie odpowiedziała, a on głaskał ją po ramieniu, patrząc jak ślicznie wyglądała w świetle świec.
– Nie zimno ci? – spytał, gdy poczuł pod palcami, że ma gęsią skórkę.
– Nie. – Uśmiechnęła się. – To twój dotyk. – Zarumieniła się, jakby zawstydziła się własnych słów.
            Odchrząknął.
– Dziękuję, że się przede mną otworzyłaś. Wiem, że dużo cię to kosztowało – powiedział.
– Lepiej się czujesz, wiedząc to wszystko?
– Czyżbym wyczuwał nutkę ironii? Hm… Wcale nie czuję się lepiej, bo teraz naprawdę wiem jak ci ciężko. Wcześniej miałem nadzieję, że moje przypuszczenia nie są prawdą. Ale za to ty powinnaś czuć się lepiej, bo nie musisz już nic przede mną ukrywać. Jednego tylko nie rozumiem… Dlaczego nie chciałaś mi o tym powiedzieć? Bałaś się, że cię odrzucę tak jak inni? – spytał.
– Nie wiem… Chyba tak… Chciałam po prostu, żebyś traktował mnie jak normalną dziewczynę. – Zasmuciła się.
– Ale ja nie chcę i nie potrzebuję normalnej dziewczyny. Chcę ciebie. – Spojrzał jej w oczy. – Rozumiesz? Tylko ciebie potrzebuję.
– No właśnie… Czasem nie rozumiem.
– To może inaczej… Kocham cię.
– I to wiele wyjaśnia. Rozum traci przy tym na znaczeniu – roześmiała się. – Ja też cię kocham, Andi.
– Wiem, wiem! – ożywił się i uśmiechnął. Ten wieczór coraz bardziej mu się podobał i nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że za jakiś czas będzie musiał się skończyć. Musiał wykorzystać każdą chwilę, ale wciąż tylko myślał i myślał…
– No na co czekasz? – spytała Martina. – Wpatrujesz się tak we mnie i wpatrujesz…
            Nie wiedział, czy chciała powiedzieć coś jeszcze, ale jeśli tak, to jej na to nie pozwolił. Przywarł wargami do jej ust. Dziewczyna miała rację, zadając mu to pytanie. Na co czekał? Kiedy znów będą spędzać ze sobą tyle czasu? Wkrótce znowu wyjedzie…
            Wziął ją na ręce i wniósł do środka, a potem położył na swoim łóżku. Nie zapalał światła, dlatego znaleźli się w prawie zupełnych ciemnościach.
            Całował ją delikatnie i zachłannie – na zmianę, ale z coraz bardziej rosnącym podnieceniem. Drżącymi palcami mocował się z małymi guziczkami u bluzki Martiny, którą jak na złość zapięła pod samą szyję. Spróbował więc z drugiej strony i wyszarpnął bluzkę ze spodni zdecydowanym ruchem. Guzik po guziku zmierzał w górę. Muskał wargami brzuch i szedł wyżej, aż do szyi. Powyżej swojej głowy słyszał przyspieszony oddech Martiny i czuł dotyk jej drobnych rąk. Miał mętlik w głowie i nie panował nad swoim ciałem. Było mu głupio, że dziewczyna zapewne wyczuwała, jak bardzo jest podniecony, ale nie potrafił odsunąć jej od siebie. Wręcz przeciwnie – chciał być coraz bliżej i bliżej.
            Jęknęła, gdy przygniótł ją całym swoim ciężarem, więc szybko przetoczył się na plecy, ciągnąc ją za sobą.
            Gdy Martina usiadła mu  na biodrach, zabrała się za rozpinanie jego koszuli i szło jej to zdecydowanie lepiej niż jemu. Zrzuciła z siebie bluzkę i zajęła się jego nagim torsem. Palcami badała każdy mięsień, a wszystkie je miał napięte do granic możliwości, jakby wykonywał ogromny wysiłek fizyczny.
            Włosy Martiny łaskotały go po piersi i po brzuchu. Ich zapach wydawał mu się tak intensywny, że aż drażnił mu nozdrza i odurzał. Oddychał przez usta, zaciskając przy tym zęby i powoli podźwignął się na łokciach, by w końcu usiąść.
– Przestań – syknął, z wysiłkiem wydobywając głos z gardła.
            Złapał Martinę za ręce i mocno ją przytrzymał, odsuwając od swojego rozpalonego ciała. Potem oswobodził się z ciasno oplatających go ud dziewczyny i usiadł na skraju łóżka, obejmując dłońmi głowę. Słyszał, że Martina siada obok, zachowując jednak dystans.
            Był jej za to wdzięczny, bo musiał ochłonąć i zapanować nad ciałem. Nie mogło wziąć nad nim góry, ponieważ nie chciał zrobić czegoś, czego mógłby żałować.
– Przepraszam, że cię tak odepchnąłem – powiedział, gdy mógł normalnie mówić.
– Rozumiem… – Oparła głowę o jego ramię i położyła dłoń na udzie. – Też bym tego nie chciała… – dodała.
            Wciąż siedzieli w ciemności, ale Andreas tak bardzo chciał zobaczyć twarz dziewczyny, dlatego zapalił nocną lampkę stojącą przy łóżku
            Gdy Martina sięgnęła po bluzkę i zaczęła ją ubierać, kucnął przed nią, opierając łokcie na jej kolanach. Przytrzymał jej ręce, żeby na niego spojrzała, bo chciał o coś zapytać.
– Mam do ciebie prośbę – powiedział, starając się patrzeć w jej twarz, a nie na kłującą w oczy biel stanika, gdyż nie zdążyła zapiąć bluzki.
– Słucham. – Uniosła brwi.
– Pojechałabyś ze mną na jakiekolwiek zawody? Chciałbym dowiedzieć się, jak to jest skakać z myślą, że na mnie patrzysz.
– Nie wiem czy to dobry pomysł… Ale może kiedyś? Ja nie mówię nie, tylko… – Przygryzła wargę.
– Zabrałbym cię jako członka naszej kadry…
– Nie, tak bym nie chciała. Jak już coś, wolałabym jechać jako zwykły kibic – odparła.
– Jesteś moją dziewczyną…
– Cały świat nie musi o tym wiedzieć.
– A co nam szkodzi? Niech wiedzą wszyscy! – powiedział tak, ale w duszy przyznał jej rację. Sam nie lubił, gdy obcy ludzie zbyt interesowali się jego życiem prywatnym, ale może czas przestać się przejmować całym światem.
– To zostań chociaż dziś ze mną. – Złapał ją za ramiona.
– Muszę wracać do domu – odpowiedziała, kręcąc głową.
– Nikt tam na ciebie nie czeka… – Nie chciał, żeby została sama.
            Pokręciła tylko znowu głową i w jej oczach pojawił się smutek.
– Twoi rodzice na pewno nie byliby zachwyceni, ale dziękuję za propozycję. – Pocałowała go w usta.
– Odwiozę cię – powiedział, prostując się.
            Martina zerwała się z łóżka i objęła go mocno w pasie, przytulając policzek do nagiej piersi. Nie bardzo rozumiał, co działo się w tym momencie w jej głowie, ale nie pytał o nic. Przytulał ją, bo to mógł jej dać, a wiedział, że ciepły uścisk to dla niej bardzo dużo.