„Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, miałem tylko nadzieję, że nie
ostatni. Tę twarz mógłbym podziwiać każdego dnia.”
Andreas
Wellinger po skończeniu szkoły i zdaniu matury wreszcie miał trochę czasu dla
siebie. Zresztą po udanym zimowym sezonie wszyscy uważali, że w pełni zasługuje
na odpoczynek. Wykorzystywał więc ten czas na nadrobienie zaległości w swoim
nędznym życiu towarzyskim, ale ileż można nocami balować w klubach czy spędzać
całe dnie poza miastem. Kumple sugerowali, że powinien rozejrzeć się za jakąś
panną, ale zawsze zbywał ich machnięciem ręki. Wyglądało to bowiem tak, że to
one rozglądały się za nim i szczerze mu to pochlebiało, ale tłumaczył sobie, że
chyba jeszcze nie przyszła na niego pora. Po prostu chciał znaleźć tę jedyną,
wyjątkową, która kochałaby go takim, jakim jest i akceptowała to, kim jest.
Skoro więc z dziewczynami na razie
dał sobie spokój, to z chęcią zgodził się poświęcić swój czas na trening
juniorów w swojej rodzinnej miejscowości. Po raz pierwszy powierzono mu tak
odpowiedzialne zadanie i choć chciał to ukryć – czuł niemały stres przed
stanięciem twarzą w twarz z chłopcami, dla których, być może, już teraz był
idolem. Doświadczeni trenerzy też mieli mu patrzeć na ręce, dlatego traktował
to jako pewnego rodzaju sprawdzian. Kto wie, czy kiedyś nie obierze właśnie tej
drogi i nie dołączy do trenerskiego grona. Zwłaszcza, że na razie nie skłaniał
się ku robieniu zawrotnej kariery naukowej.
Po pierwszym dniu mógł z całą
pewnością stwierdzić, że współpraca z podopiecznymi będzie się układać.
Niektórzy z chłopców byli niewiele od niego młodsi, dlatego, choć zwracał im
uwagę na błędy, niczego im nie wypominał, zaś postępy nagradzał.
Szczególnie do gustu przypadł mu
pewien dziesięciolatek, Christian Steiner. Wcale nie dlatego, że mały widział w
nim boga, ale był zwyczajnie sympatyczny i może też trochę przypominał mu
samego siebie, gdy miał te dziesięć lat.
W niedzielę mieli przerwę, a zresztą
i tak padało, więc nie mogliby przeprowadzić treningu na skoczni. Natomiast
nowy tydzień rozpoczął się dobrze, bo dodatkowo Andreasowi udzielił się humor
Christiana, który od początku był bardzo podekscytowany. Od rana opowiadał o
swoim kuzynie, który miał się pojawić na treningu. Andreas doszedł do wniosku,
że musiał on być dla małego kimś ważnym.
W końcu chłopiec podbiegł do niego,
wymachując rękami.
–
Spójrz! Tam jest Max, widzisz? – Pokazywał w kierunku trybun.
Andreas obejrzał się zainteresowany.
Przez chwilę, nakręcony paplaniną Christiana, miał wrażenie, że zobaczy gościa
w pelerynie superbohatera, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zobaczył
normalnego faceta, może trochę starszego od siebie, który nie wyróżniał się
niczym szczególnym.
–
A obok niego siedzi chyba ta jego dziewczyna. Musi być spoko, choć nie wiem, bo
właściwie to widzę ją pierwszy raz na oczy.
Andreas rzucił okiem na dziewczynę i
na moment przestało do niego docierać cokolwiek. Nawet paplanina Christiana.
Patrzył na nią, a właściwie to się gapił. Widział może miliony podobnych
dziewczyn, ale nigdy nie czuł czegoś takiego. Zachwycił się jej twarzą okoloną
długimi złotymi włosami, które przerzuciła przez jedno ramię. Tak bardzo
chciał, żeby napotkać jej spojrzenie, chociaż czuł, że mu się przygląda z
zainteresowaniem. W końcu podniosła wzrok i nagle stało się coś… Coś, czego nie
był w stanie określić słowami. To było
jak wielkie bum!, po którym poczuł falę ciepła rozlewającą się w okolicach
klatki piersiowej. Żałował, że z powodu odległości nie może dostrzec zbyt wielu
szczegółów i pozostało mu mieć tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś ją spotka.
Uśmiechnął się, a gdy nieśmiało odpowiedziała mu tym samym, prawie pociemniało
mu w oczach. Skarcił się w duchu, bo przecież to była dziewczyna tego Maksa,
czy jak mu tam.
–
Mógłbyś z nimi pogadać? – spytał Christian, wyrywając go wreszcie z
zauroczenia.
–
Chętnie, ale może innym razem – odparł. – Mamy jeszcze dużo do zrobienia, a
wiesz, że nie ja tutaj rządzę.
–
Jasne!
–
Ale jak coś, to możesz im przekazać, że powinni być z ciebie dumni. – Dłonią
potargał mu czuprynę i klepnięciem w ramię dał znak, że musi wracać do pracy.
I tak kolejne dni upływały mu na
tym, że próbował zbagatelizować to, jakie wrażenie zrobiła na nim ta
dziewczyna. Niestety, co jakiś czas przyłapywał się na myśleniu o niej. Wmawiał
sobie, że to niedorzeczne, bo jak mógł zakochać się w nieznajomej. Nie znał
nawet jej imienia. A czy w ogóle mógł powiedzieć, że się zakochał? Nie znał
tego uczucia, nie był w stanie porównać tego z czymś, co kiedykolwiek przeżył.
Pewnego poranka, po rutynowym
bieganiu, wstąpił do swojej ulubionej miejscowej kawiarenki na szklankę wody.
Jak zwykle obsługiwała go ta sama kelnerka. Miała na imię Erika, jak głosił
napis na plakietce przypiętej do jej mundurka. Ale jakie to miało znaczenie?
Jedyne, co mógł jej ofiarować, to życzliwy uśmiech, krótkie „dziękuję” i
oczywiście napiwek. Nie, żeby zdawała się oczekiwać czegoś więcej.
Rozejrzał się dookoła. Mimo wczesnej
pory zauważył kilka nastolatków, którzy zapewne zamiast do szkoły wybrali się
na wagary. Wśród nich nie brakowało także dziewczyn niewiele od niego młodszych
i bardzo urodziwych. Były blondynki i brunetki, ale żadna nie była NIĄ.
Zdawał sobie sprawę z tego, że sporo
ludzi go rozpoznaje i niektórzy nawet czasem podchodzili po autografy. Jednak
nie dziś i był z tego zadowolony. Dziewczyny też były zajęte sobą, więc przyglądał
im się i próbował porównywać z tamtą, lecz doprowadziło go to do jeszcze
większej frustracji, dlatego postanowił szybko stamtąd wyjść.
Przez kilka następnych dni był
zajęty i miłosne rozterki musiały zejść na dalszy plan. Jednak gdy jego trenerskie
zadanie zostało wykonane, wcale nie myślał o wyjeździe z Ruhpolding.
Nadal jak co dzień biegał po
okolicy, ale nie zrywał się o świcie. Dziś skierował się w stronę kompleksu
skoczni. Truchtał w wolnym tempie, a i tak czuł pot spływający po całym ciele,
bo słońce znajdowało się już wysoko na niebie i prażyło niemiłosiernie. W
powietrzu też można było wyczuć charakterystyczny zapach upalnego lata. Wbiegł
na teren skoczni i rozpoczął rozciąganie. Ćwicząc, zauważył, że ktoś siedzi na
trybunach odwrócony do niego plecami, tak, że na pewno go nie widział. To była
dziewczyna pochylająca się nad czymś, czego, niestety, nie mógł dostrzec.
Poczuł dziwny dreszcz, coś jakby
niepokój, a jego serce przyspieszyło, choć i tak biło w szaleńczym tempie po
wysiłku fizycznym. Wtem dziewczyna odrzuciła do tyłu blond włosy, które
zalśniły w świetle słońca. Andreas zrozumiał, że od początku wiedział. Nie
pomylił się. Jego podświadomość bezbłędnie rozpoznała, że to ona i dlatego od
razu spotkał się z nagłą reakcją organizmu.
Postanowił truchcikiem zatoczyć
szeroki łuk, by zobaczyć, czym tak bardzo była zajęta, nie zdradzając jednak
swojej obecności. Przeszło mu też przez myśl, żeby zwyczajnie do niej podejść,
lecz wtedy zadzwonił jej telefon. Szybko odłożyła to, co miała w dłoniach i
przez chwilę przetrząsała torebkę w poszukiwaniu telefonu. Sama rozmowa trwała
bardzo krótko i niestety nie słyszał ani słowa. Nie, żeby chciał podsłuchiwać.
Potem dziewczyna chwyciła torebkę i pognała przed siebie. Nie zauważyła go,
więc odprowadzał ją wzrokiem do momentu, gdy znikła za ogrodzeniem.
Andreas wzruszył ramionami
całkowicie zdezorientowany. Nie miał już ochoty biec dalej, dlatego wpadł na
genialny pomysł, żeby pójść w miejsce, gdzie siedziała dziewczyna i samemu
sprawdzić, na co mogła patrzyć. Już miał usiąść, gdy pod stopami zauważył gruby
zeszyt w oprawce przedstawiającej nocne niebo. Podniósł go i otworzył w
miejscu, gdzie znajdował się włożony ołówek. Spojrzał na niedokończony rysunek
i aż usiadł z wrażenia. Podniósł wzrok i zobaczył skocznię w całej okazałości i
znów zerknął na rysunek. To, co rysowało się na białej kartce, było jakby
bardziej realne, niż prawdziwy obiekt, gdyby oczywiście nie rozmiar i brak
kolorów. Obrazek wyrastał z bieli jak budynek stawiany przez konstruktora, lecz
nie był martwą architekturą – żył.
Andreas przez moment myślał o tym, w
jaki sposób zwróci zeszyt właścicielce i zerknął nawet, czy nie jest gdzieś
podpisany. Niestety nic. Nie było żadnej wskazówki. Zaczął kartkować zeszyt i,
choć była w nim spora ilość białych kartek, znalazł też sporo rysunków
wykonanych ołówkiem, między innymi: całującą się parę zakochanych, parkową
aleję, ośnieżone szczyty gór, otuloną śniegiem uliczną latarnię, pluszaka
porzuconego w kącie pokoju, młodego faceta na motocyklu. Były też mniej
przyjemne, które szczególnie przykuły jego uwagę, a mianowicie podjazd przed
domem i następnie był rysunek kobiety stojącej twarzą do okna, która, odsuwając
lekko firankę, patrzyła na podwórko. Zmarszczył czoło i przewrócił kartkę
wstecz. Przyjrzał się lepiej domowi i rzeczywiście w jednym oknie autorka
zaznaczyła odchylenie firanki i coś, co wyglądało jak zarys ludzkiej sylwetki.
Po krótkiej przerwie kartkował nadal
i, pomijając kobietę z psem i biegającego mężczyznę, dotarł do rysunku poskręcanego
drzewa wyglądającego jakby coś w niego uderzyło z ogromną siłą, potem był
mężczyzna śpiący na stole przy butelce wódki, dziewczyna pochylająca się nad
grobem, spacerująca po torach, tuląca misia itd. Poczuł się poruszony do głębi.
Powoli docierało do niego, że być może autorka jest tą dziewczyną, choć żaden
rysunek nie pokazywał jej twarzy i chyba właśnie to go utwierdzało w swoim
przekonaniu. W końcu inne postaci miały twarze.
Wieczorem nie bardzo wiedział, co by
ze sobą zrobić, bo chyba ciągle za dużo myślał. Odczuwał potrzebę zwierzenia
się komuś. Ale komu? Komu może zaufać? Nikt z jego przyjaciół nie był dyskretny
i właściwie to nadawali się oni wyłącznie do wspólnej zabawy. Pomyślał więc o
kumplach ze środowiska skoków. Wahał się między Geigerem a Wankiem, ale tylko
przez chwilę.
–
Wank na pewno mnie wyśmieje – mruknął sam do siebie i wybrał numer Karla, lecz
ten nie odbierał.
–
Cholera! – zaklął.
Nie pozostało mu nic innego jak
rozmowa ze swoim imiennikiem.
–
Cześć, Andi! Jak leci? Chyba kiepsko, skoro do mnie dzwonisz, ale nic się nie
martw – pomogę ci! – zalał go potokiem słów, odbierając już po pierwszym
sygnale.
–
Cześć, stary. U ciebie też nie najlepiej, skoro zaraz odebrałeś – zarzucił mu.
–
Pst! Jestem na rodzinnej imprezie. Wiesz, imieniny cioci – ściszył głos.
–
To wszystko wyjaśnia. Jesteś pijany!
–
Co ty chrzanisz? Ja? No, może trochę. Cioci nie sposób odmówić. A co ty
chciałeś? Wal śmiało!
–
Nie wiem czy to ma sens… – westchnął zrezygnowany. Całkiem odeszła go ochota
zwierzenia się temu głupkowi.
–
Dawaj! W końcu od tego ma się kumpla.
–
Znalazłem dziś coś, co należy do pewnej dziewczyny. Zgubiła to, a ja powinienem
oddać, ale nie wiem jak. Nie znam jej adresu, nazwiska, a nawet imienia –
wyrzucił z siebie.
–
Oj! Biedny Andi… Wiedziałem, że kiedyś ciebie też to dopadnie. – Zaczął
chichotać.
–
Przestań bredzić. Pomóż mi. – Miał wielką ochotę przerwać rozmowę…
–
OK. Wiesz w jakim towarzystwie się obraca, skąd jest, czy cokolwiek?
–
Tak, to dziewczyna kuzyna jednego z chłopców, którego trenowałem.
–
Zajęta. Współczuję, młody.
–
Miałeś przestać! – Wkurzało go gadanie Wanka. Rzucał mu prawdę prosto w twarz.
–
Skoro wiesz tak dużo, to nie rozumiem w czym problem. Przecież możesz zwrócić
zgubę przez tego małego. I po sprawie.
–
Zależy mi, żeby oddać to osobiście.
–
Wpadłeś po uszy! – wrzasnął znowu. – Mam taką radę: noś zawsze przy sobie to
coś i licz na szczęście, że może ją spotkasz. Jednak jeśli minie jakiś tydzień
– nie więcej! – musisz skontaktować się z tym małym.
–
Dzięki.
–
Ładna chociaż? – spytał.
–
Spadaj! – rzucił i się rozłączył. Po co do niego dzwonił? Już słyszał te
docinki, chyba że Wank był tak pijany, iż o wszystkim zapomni, gdy
wytrzeźwieje.
Nic lepszego nie przyszło mu do
głowy, więc postanowił pójść za radą Andreasa. Szybko jednak mijały dni i
stracił już nadzieję na spotkanie z dziewczyną, gdy pewnego popołudnia usiadł w
swojej ulubionej kawiarence.
Jak zwykle podeszła do niego Erika z
uśmiechem na ustach. Zamawiając kawę, zauważył, że na sali jest jeszcze jedna
kelnerka. ONA.
–
Zatrudniliście jeszcze kogoś? – spytał, wskazując na dziewczynę, która jeszcze
go nie zauważyła.
–
Tak, potrzebna była dodatkowa pomoc – odparła.
Czekając na zamówienie, zastanawiał
się, jak to rozegrać, gdy kawa wylądowała tuż przed nim.
–
Proszę! – Usłyszał i się wzdrygnął. To nie był głos Eriki. Spojrzał i zamrugał
oczami.
–
Zaczekaj! – Ledwo wydusił z siebie, gdy prawie miała odchodzić.
–
Tak? – spytała uprzejmie.
–
Chyba mam coś, co… należy do ciebie. – Wyjął zeszyt na stół i przesunął w jej
kierunku.
Wzięła go i włożyła sobie pod pachę,
by mogła też nieść tacę.
–
Jesteś Andreas Wellinger. Widziałam cię kiedyś na skoczni – powiedziała.
–
Też cię widziałem. I potem, gdy zgubiłaś…
–
Jestem ci bardzo wdzięczna. Postawię ci ciastko do tej kawy.
–
Chętnie, ale chciałbym, żebyś zjadła je ze mną. – Sam nie wierzył, że to
powiedział.
–
Jestem w pracy. – Wzruszyła ramionami. – Może innym razem?
–
Tak, oczywiście. – Co miał powiedzieć? Czuł się jak idiota.
–
Wiem, że zaglądałeś. Widziałeś moje rysunki – powiedziała to takim smutnym
głosem.
–
Przyznaję. Pięknie rysujesz. – Tylko tyle potrafił powiedzieć.
Nie odpowiedziała, lecz zapatrzyła
się gdzieś w dal.
–
Przepraszam, znasz moje imię a ja twojego nie… Czy…? – zająknął się.
–
Martina Lorenz – rzuciła, wracając do rzeczywistości. – Muszę wracać do pracy.
Smacznego! – powiedziała, odchodząc, a jeden kącik jej ust uniósł się, jakby
chciała się uśmiechnąć.
Andreas nie mógł sobie wybaczyć, że
zrobił z siebie takiego idiotę! Jąkał się, bełkotał… Nie wypił kawy, ale
zostawił pieniądze na stole i pospiesznie wyszedł. Musiał ochłonąć w
samotności. Jej głos dźwięczał mu w uszach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz