poniedziałek, 28 października 2019

#3


„Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, miałem tylko nadzieję, że nie ostatni. Tę twarz mógłbym podziwiać każdego dnia.”

                Andreas Wellinger po skończeniu szkoły i zdaniu matury wreszcie miał trochę czasu dla siebie. Zresztą po udanym zimowym sezonie wszyscy uważali, że w pełni zasługuje na odpoczynek. Wykorzystywał więc ten czas na nadrobienie zaległości w swoim nędznym życiu towarzyskim, ale ileż można nocami balować w klubach czy spędzać całe dnie poza miastem. Kumple sugerowali, że powinien rozejrzeć się za jakąś panną, ale zawsze zbywał ich machnięciem ręki. Wyglądało to bowiem tak, że to one rozglądały się za nim i szczerze mu to pochlebiało, ale tłumaczył sobie, że chyba jeszcze nie przyszła na niego pora. Po prostu chciał znaleźć tę jedyną, wyjątkową, która kochałaby go takim, jakim jest i akceptowała to, kim jest.
            Skoro więc z dziewczynami na razie dał sobie spokój, to z chęcią zgodził się poświęcić swój czas na trening juniorów w swojej rodzinnej miejscowości. Po raz pierwszy powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie i choć chciał to ukryć – czuł niemały stres przed stanięciem twarzą w twarz z chłopcami, dla których, być może, już teraz był idolem. Doświadczeni trenerzy też mieli mu patrzeć na ręce, dlatego traktował to jako pewnego rodzaju sprawdzian. Kto wie, czy kiedyś nie obierze właśnie tej drogi i nie dołączy do trenerskiego grona. Zwłaszcza, że na razie nie skłaniał się ku robieniu zawrotnej kariery naukowej.
            Po pierwszym dniu mógł z całą pewnością stwierdzić, że współpraca z podopiecznymi będzie się układać. Niektórzy z chłopców byli niewiele od niego młodsi, dlatego, choć zwracał im uwagę na błędy, niczego im nie wypominał, zaś postępy nagradzał.
            Szczególnie do gustu przypadł mu pewien dziesięciolatek, Christian Steiner. Wcale nie dlatego, że mały widział w nim boga, ale był zwyczajnie sympatyczny i może też trochę przypominał mu samego siebie, gdy miał te dziesięć lat.
            W niedzielę mieli przerwę, a zresztą i tak padało, więc nie mogliby przeprowadzić treningu na skoczni. Natomiast nowy tydzień rozpoczął się dobrze, bo dodatkowo Andreasowi udzielił się humor Christiana, który od początku był bardzo podekscytowany. Od rana opowiadał o swoim kuzynie, który miał się pojawić na treningu. Andreas doszedł do wniosku, że musiał on być dla małego kimś ważnym.
            W końcu chłopiec podbiegł do niego, wymachując rękami.
– Spójrz! Tam jest Max, widzisz? – Pokazywał w kierunku trybun.
            Andreas obejrzał się zainteresowany. Przez chwilę, nakręcony paplaniną Christiana, miał wrażenie, że zobaczy gościa w pelerynie superbohatera, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zobaczył normalnego faceta, może trochę starszego od siebie, który nie wyróżniał się niczym szczególnym.
– A obok niego siedzi chyba ta jego dziewczyna. Musi być spoko, choć nie wiem, bo właściwie to widzę ją pierwszy raz na oczy.
            Andreas rzucił okiem na dziewczynę i na moment przestało do niego docierać cokolwiek. Nawet paplanina Christiana. Patrzył na nią, a właściwie to się gapił. Widział może miliony podobnych dziewczyn, ale nigdy nie czuł czegoś takiego. Zachwycił się jej twarzą okoloną długimi złotymi włosami, które przerzuciła przez jedno ramię. Tak bardzo chciał, żeby napotkać jej spojrzenie, chociaż czuł, że mu się przygląda z zainteresowaniem. W końcu podniosła wzrok i nagle stało się coś… Coś, czego nie był  w stanie określić słowami. To było jak wielkie bum!, po którym poczuł falę ciepła rozlewającą się w okolicach klatki piersiowej. Żałował, że z powodu odległości nie może dostrzec zbyt wielu szczegółów i pozostało mu mieć tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś ją spotka. Uśmiechnął się, a gdy nieśmiało odpowiedziała mu tym samym, prawie pociemniało mu w oczach. Skarcił się w duchu, bo przecież to była dziewczyna tego Maksa, czy jak mu tam.
– Mógłbyś z nimi pogadać? – spytał Christian, wyrywając go wreszcie z zauroczenia.
– Chętnie, ale może innym razem – odparł. – Mamy jeszcze dużo do zrobienia, a wiesz, że nie ja tutaj rządzę.
– Jasne!
– Ale jak coś, to możesz im przekazać, że powinni być z ciebie dumni. – Dłonią potargał mu czuprynę i klepnięciem w ramię dał znak, że musi wracać do pracy.
            I tak kolejne dni upływały mu na tym, że próbował zbagatelizować to, jakie wrażenie zrobiła na nim ta dziewczyna. Niestety, co jakiś czas przyłapywał się na myśleniu o niej. Wmawiał sobie, że to niedorzeczne, bo jak mógł zakochać się w nieznajomej. Nie znał nawet jej imienia. A czy w ogóle mógł powiedzieć, że się zakochał? Nie znał tego uczucia, nie był w stanie porównać tego z czymś, co kiedykolwiek przeżył.
            Pewnego poranka, po rutynowym bieganiu, wstąpił do swojej ulubionej miejscowej kawiarenki na szklankę wody. Jak zwykle obsługiwała go ta sama kelnerka. Miała na imię Erika, jak głosił napis na plakietce przypiętej do jej mundurka. Ale jakie to miało znaczenie? Jedyne, co mógł jej ofiarować, to życzliwy uśmiech, krótkie „dziękuję” i oczywiście napiwek. Nie, żeby zdawała się oczekiwać czegoś więcej.
            Rozejrzał się dookoła. Mimo wczesnej pory zauważył kilka nastolatków, którzy zapewne zamiast do szkoły wybrali się na wagary. Wśród nich nie brakowało także dziewczyn niewiele od niego młodszych i bardzo urodziwych. Były blondynki i brunetki, ale żadna nie była NIĄ.
            Zdawał sobie sprawę z tego, że sporo ludzi go rozpoznaje i niektórzy nawet czasem podchodzili po autografy. Jednak nie dziś i był z tego zadowolony. Dziewczyny też były zajęte sobą, więc przyglądał im się i próbował porównywać z tamtą, lecz doprowadziło go to do jeszcze większej frustracji, dlatego postanowił szybko stamtąd wyjść.
            Przez kilka następnych dni był zajęty i miłosne rozterki musiały zejść na dalszy plan. Jednak gdy jego trenerskie zadanie zostało wykonane, wcale nie myślał o wyjeździe z Ruhpolding.
            Nadal jak co dzień biegał po okolicy, ale nie zrywał się o świcie. Dziś skierował się w stronę kompleksu skoczni. Truchtał w wolnym tempie, a i tak czuł pot spływający po całym ciele, bo słońce znajdowało się już wysoko na niebie i prażyło niemiłosiernie. W powietrzu też można było wyczuć charakterystyczny zapach upalnego lata. Wbiegł na teren skoczni i rozpoczął rozciąganie. Ćwicząc, zauważył, że ktoś siedzi na trybunach odwrócony do niego plecami, tak, że na pewno go nie widział. To była dziewczyna pochylająca się nad czymś, czego, niestety, nie mógł dostrzec.
            Poczuł dziwny dreszcz, coś jakby niepokój, a jego serce przyspieszyło, choć i tak biło w szaleńczym tempie po wysiłku fizycznym. Wtem dziewczyna odrzuciła do tyłu blond włosy, które zalśniły w świetle słońca. Andreas zrozumiał, że od początku wiedział. Nie pomylił się. Jego podświadomość bezbłędnie rozpoznała, że to ona i dlatego od razu spotkał się z nagłą reakcją organizmu.
            Postanowił truchcikiem zatoczyć szeroki łuk, by zobaczyć, czym tak bardzo była zajęta, nie zdradzając jednak swojej obecności. Przeszło mu też przez myśl, żeby zwyczajnie do niej podejść, lecz wtedy zadzwonił jej telefon. Szybko odłożyła to, co miała w dłoniach i przez chwilę przetrząsała torebkę w poszukiwaniu telefonu. Sama rozmowa trwała bardzo krótko i niestety nie słyszał ani słowa. Nie, żeby chciał podsłuchiwać. Potem dziewczyna chwyciła torebkę i pognała przed siebie. Nie zauważyła go, więc odprowadzał ją wzrokiem do momentu, gdy znikła za ogrodzeniem.
            Andreas wzruszył ramionami całkowicie zdezorientowany. Nie miał już ochoty biec dalej, dlatego wpadł na genialny pomysł, żeby pójść w miejsce, gdzie siedziała dziewczyna i samemu sprawdzić, na co mogła patrzyć. Już miał usiąść, gdy pod stopami zauważył gruby zeszyt w oprawce przedstawiającej nocne niebo. Podniósł go i otworzył w miejscu, gdzie znajdował się włożony ołówek. Spojrzał na niedokończony rysunek i aż usiadł z wrażenia. Podniósł wzrok i zobaczył skocznię w całej okazałości i znów zerknął na rysunek. To, co rysowało się na białej kartce, było jakby bardziej realne, niż prawdziwy obiekt, gdyby oczywiście nie rozmiar i brak kolorów. Obrazek wyrastał z bieli jak budynek stawiany przez konstruktora, lecz nie był martwą architekturą – żył.
            Andreas przez moment myślał o tym, w jaki sposób zwróci zeszyt właścicielce i zerknął nawet, czy nie jest gdzieś podpisany. Niestety nic. Nie było żadnej wskazówki. Zaczął kartkować zeszyt i, choć była w nim spora ilość białych kartek, znalazł też sporo rysunków wykonanych ołówkiem, między innymi: całującą się parę zakochanych, parkową aleję, ośnieżone szczyty gór, otuloną śniegiem uliczną latarnię, pluszaka porzuconego w kącie pokoju, młodego faceta na motocyklu. Były też mniej przyjemne, które szczególnie przykuły jego uwagę, a mianowicie podjazd przed domem i następnie był rysunek kobiety stojącej twarzą do okna, która, odsuwając lekko firankę, patrzyła na podwórko. Zmarszczył czoło i przewrócił kartkę wstecz. Przyjrzał się lepiej domowi i rzeczywiście w jednym oknie autorka zaznaczyła odchylenie firanki i coś, co wyglądało jak zarys ludzkiej sylwetki.
            Po krótkiej przerwie kartkował nadal i, pomijając kobietę z psem i biegającego mężczyznę, dotarł do rysunku poskręcanego drzewa wyglądającego jakby coś w niego uderzyło z ogromną siłą, potem był mężczyzna śpiący na stole przy butelce wódki, dziewczyna pochylająca się nad grobem, spacerująca po torach, tuląca misia itd. Poczuł się poruszony do głębi. Powoli docierało do niego, że być może autorka jest tą dziewczyną, choć żaden rysunek nie pokazywał jej twarzy i chyba właśnie to go utwierdzało w swoim przekonaniu. W końcu inne postaci miały twarze.
            Wieczorem nie bardzo wiedział, co by ze sobą zrobić, bo chyba ciągle za dużo myślał. Odczuwał potrzebę zwierzenia się komuś. Ale komu? Komu może zaufać? Nikt z jego przyjaciół nie był dyskretny i właściwie to nadawali się oni wyłącznie do wspólnej zabawy. Pomyślał więc o kumplach ze środowiska skoków. Wahał się między Geigerem a Wankiem, ale tylko przez chwilę.
– Wank na pewno mnie wyśmieje – mruknął sam do siebie i wybrał numer Karla, lecz ten nie odbierał.
– Cholera! – zaklął.
            Nie pozostało mu nic innego jak rozmowa ze swoim imiennikiem.
– Cześć, Andi! Jak leci? Chyba kiepsko, skoro do mnie dzwonisz, ale nic się nie martw – pomogę ci! – zalał go potokiem słów, odbierając już po pierwszym sygnale.
– Cześć, stary. U ciebie też nie najlepiej, skoro zaraz odebrałeś – zarzucił mu.
– Pst! Jestem na rodzinnej imprezie. Wiesz, imieniny cioci – ściszył głos.
– To wszystko wyjaśnia. Jesteś pijany!
– Co ty chrzanisz? Ja? No, może trochę. Cioci nie sposób odmówić. A co ty chciałeś? Wal śmiało!
– Nie wiem czy to ma sens… – westchnął zrezygnowany. Całkiem odeszła go ochota zwierzenia się temu głupkowi.
– Dawaj! W końcu od tego ma się kumpla.
– Znalazłem dziś coś, co należy do pewnej dziewczyny. Zgubiła to, a ja powinienem oddać, ale nie wiem jak. Nie znam jej adresu, nazwiska, a nawet imienia – wyrzucił z siebie.
– Oj! Biedny Andi… Wiedziałem, że kiedyś ciebie też to dopadnie. – Zaczął chichotać.
– Przestań bredzić. Pomóż mi. – Miał wielką ochotę przerwać rozmowę…
– OK. Wiesz w jakim towarzystwie się obraca, skąd jest, czy cokolwiek?
– Tak, to dziewczyna kuzyna jednego z chłopców, którego trenowałem.
– Zajęta. Współczuję, młody.
– Miałeś przestać! – Wkurzało go gadanie Wanka. Rzucał mu prawdę prosto w twarz.
– Skoro wiesz tak dużo, to nie rozumiem w czym problem. Przecież możesz zwrócić zgubę przez tego małego. I po sprawie.
– Zależy mi, żeby oddać to osobiście.
– Wpadłeś po uszy! – wrzasnął znowu. – Mam taką radę: noś zawsze przy sobie to coś i licz na szczęście, że może ją spotkasz. Jednak jeśli minie jakiś tydzień – nie więcej! – musisz skontaktować się z tym małym.
– Dzięki.
– Ładna chociaż? – spytał.
– Spadaj! – rzucił i się rozłączył. Po co do niego dzwonił? Już słyszał te docinki, chyba że Wank był tak pijany, iż o wszystkim zapomni, gdy wytrzeźwieje.
            Nic lepszego nie przyszło mu do głowy, więc postanowił pójść za radą Andreasa. Szybko jednak mijały dni i stracił już nadzieję na spotkanie z dziewczyną, gdy pewnego popołudnia usiadł w swojej ulubionej kawiarence.
            Jak zwykle podeszła do niego Erika z uśmiechem na ustach. Zamawiając kawę, zauważył, że na sali jest jeszcze jedna kelnerka. ONA.
– Zatrudniliście jeszcze kogoś? – spytał, wskazując na dziewczynę, która jeszcze go nie zauważyła.
– Tak, potrzebna była dodatkowa pomoc – odparła.
            Czekając na zamówienie, zastanawiał się, jak to rozegrać, gdy kawa wylądowała tuż przed nim.
– Proszę! – Usłyszał i się wzdrygnął. To nie był głos Eriki. Spojrzał i zamrugał oczami.
– Zaczekaj! – Ledwo wydusił z siebie, gdy prawie miała odchodzić.
– Tak? – spytała uprzejmie.
– Chyba mam coś, co… należy do ciebie. – Wyjął zeszyt na stół i przesunął w jej kierunku.
            Wzięła go i włożyła sobie pod pachę, by mogła też nieść tacę.
– Jesteś Andreas Wellinger. Widziałam cię kiedyś na skoczni – powiedziała.
– Też cię widziałem. I potem, gdy zgubiłaś…
– Jestem ci bardzo wdzięczna. Postawię ci ciastko do tej kawy.
– Chętnie, ale chciałbym, żebyś zjadła je ze mną. – Sam nie wierzył, że to powiedział.
– Jestem w pracy. – Wzruszyła ramionami. – Może innym razem?
– Tak, oczywiście. – Co miał powiedzieć? Czuł się jak idiota.
– Wiem, że zaglądałeś. Widziałeś moje rysunki – powiedziała to takim smutnym głosem.
– Przyznaję. Pięknie rysujesz. – Tylko tyle potrafił powiedzieć.
            Nie odpowiedziała, lecz zapatrzyła się gdzieś w dal.
– Przepraszam, znasz moje imię a ja twojego nie… Czy…? – zająknął się.
– Martina Lorenz – rzuciła, wracając do rzeczywistości. – Muszę wracać do pracy. Smacznego! – powiedziała, odchodząc, a jeden kącik jej ust uniósł się, jakby chciała się uśmiechnąć.
            Andreas nie mógł sobie wybaczyć, że zrobił z siebie takiego idiotę! Jąkał się, bełkotał… Nie wypił kawy, ale zostawił pieniądze na stole i pospiesznie wyszedł. Musiał ochłonąć w samotności. Jej głos dźwięczał mu w uszach…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz