poniedziałek, 28 października 2019

#3


„Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, miałem tylko nadzieję, że nie ostatni. Tę twarz mógłbym podziwiać każdego dnia.”

                Andreas Wellinger po skończeniu szkoły i zdaniu matury wreszcie miał trochę czasu dla siebie. Zresztą po udanym zimowym sezonie wszyscy uważali, że w pełni zasługuje na odpoczynek. Wykorzystywał więc ten czas na nadrobienie zaległości w swoim nędznym życiu towarzyskim, ale ileż można nocami balować w klubach czy spędzać całe dnie poza miastem. Kumple sugerowali, że powinien rozejrzeć się za jakąś panną, ale zawsze zbywał ich machnięciem ręki. Wyglądało to bowiem tak, że to one rozglądały się za nim i szczerze mu to pochlebiało, ale tłumaczył sobie, że chyba jeszcze nie przyszła na niego pora. Po prostu chciał znaleźć tę jedyną, wyjątkową, która kochałaby go takim, jakim jest i akceptowała to, kim jest.
            Skoro więc z dziewczynami na razie dał sobie spokój, to z chęcią zgodził się poświęcić swój czas na trening juniorów w swojej rodzinnej miejscowości. Po raz pierwszy powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie i choć chciał to ukryć – czuł niemały stres przed stanięciem twarzą w twarz z chłopcami, dla których, być może, już teraz był idolem. Doświadczeni trenerzy też mieli mu patrzeć na ręce, dlatego traktował to jako pewnego rodzaju sprawdzian. Kto wie, czy kiedyś nie obierze właśnie tej drogi i nie dołączy do trenerskiego grona. Zwłaszcza, że na razie nie skłaniał się ku robieniu zawrotnej kariery naukowej.
            Po pierwszym dniu mógł z całą pewnością stwierdzić, że współpraca z podopiecznymi będzie się układać. Niektórzy z chłopców byli niewiele od niego młodsi, dlatego, choć zwracał im uwagę na błędy, niczego im nie wypominał, zaś postępy nagradzał.
            Szczególnie do gustu przypadł mu pewien dziesięciolatek, Christian Steiner. Wcale nie dlatego, że mały widział w nim boga, ale był zwyczajnie sympatyczny i może też trochę przypominał mu samego siebie, gdy miał te dziesięć lat.
            W niedzielę mieli przerwę, a zresztą i tak padało, więc nie mogliby przeprowadzić treningu na skoczni. Natomiast nowy tydzień rozpoczął się dobrze, bo dodatkowo Andreasowi udzielił się humor Christiana, który od początku był bardzo podekscytowany. Od rana opowiadał o swoim kuzynie, który miał się pojawić na treningu. Andreas doszedł do wniosku, że musiał on być dla małego kimś ważnym.
            W końcu chłopiec podbiegł do niego, wymachując rękami.
– Spójrz! Tam jest Max, widzisz? – Pokazywał w kierunku trybun.
            Andreas obejrzał się zainteresowany. Przez chwilę, nakręcony paplaniną Christiana, miał wrażenie, że zobaczy gościa w pelerynie superbohatera, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zobaczył normalnego faceta, może trochę starszego od siebie, który nie wyróżniał się niczym szczególnym.
– A obok niego siedzi chyba ta jego dziewczyna. Musi być spoko, choć nie wiem, bo właściwie to widzę ją pierwszy raz na oczy.
            Andreas rzucił okiem na dziewczynę i na moment przestało do niego docierać cokolwiek. Nawet paplanina Christiana. Patrzył na nią, a właściwie to się gapił. Widział może miliony podobnych dziewczyn, ale nigdy nie czuł czegoś takiego. Zachwycił się jej twarzą okoloną długimi złotymi włosami, które przerzuciła przez jedno ramię. Tak bardzo chciał, żeby napotkać jej spojrzenie, chociaż czuł, że mu się przygląda z zainteresowaniem. W końcu podniosła wzrok i nagle stało się coś… Coś, czego nie był  w stanie określić słowami. To było jak wielkie bum!, po którym poczuł falę ciepła rozlewającą się w okolicach klatki piersiowej. Żałował, że z powodu odległości nie może dostrzec zbyt wielu szczegółów i pozostało mu mieć tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś ją spotka. Uśmiechnął się, a gdy nieśmiało odpowiedziała mu tym samym, prawie pociemniało mu w oczach. Skarcił się w duchu, bo przecież to była dziewczyna tego Maksa, czy jak mu tam.
– Mógłbyś z nimi pogadać? – spytał Christian, wyrywając go wreszcie z zauroczenia.
– Chętnie, ale może innym razem – odparł. – Mamy jeszcze dużo do zrobienia, a wiesz, że nie ja tutaj rządzę.
– Jasne!
– Ale jak coś, to możesz im przekazać, że powinni być z ciebie dumni. – Dłonią potargał mu czuprynę i klepnięciem w ramię dał znak, że musi wracać do pracy.
            I tak kolejne dni upływały mu na tym, że próbował zbagatelizować to, jakie wrażenie zrobiła na nim ta dziewczyna. Niestety, co jakiś czas przyłapywał się na myśleniu o niej. Wmawiał sobie, że to niedorzeczne, bo jak mógł zakochać się w nieznajomej. Nie znał nawet jej imienia. A czy w ogóle mógł powiedzieć, że się zakochał? Nie znał tego uczucia, nie był w stanie porównać tego z czymś, co kiedykolwiek przeżył.
            Pewnego poranka, po rutynowym bieganiu, wstąpił do swojej ulubionej miejscowej kawiarenki na szklankę wody. Jak zwykle obsługiwała go ta sama kelnerka. Miała na imię Erika, jak głosił napis na plakietce przypiętej do jej mundurka. Ale jakie to miało znaczenie? Jedyne, co mógł jej ofiarować, to życzliwy uśmiech, krótkie „dziękuję” i oczywiście napiwek. Nie, żeby zdawała się oczekiwać czegoś więcej.
            Rozejrzał się dookoła. Mimo wczesnej pory zauważył kilka nastolatków, którzy zapewne zamiast do szkoły wybrali się na wagary. Wśród nich nie brakowało także dziewczyn niewiele od niego młodszych i bardzo urodziwych. Były blondynki i brunetki, ale żadna nie była NIĄ.
            Zdawał sobie sprawę z tego, że sporo ludzi go rozpoznaje i niektórzy nawet czasem podchodzili po autografy. Jednak nie dziś i był z tego zadowolony. Dziewczyny też były zajęte sobą, więc przyglądał im się i próbował porównywać z tamtą, lecz doprowadziło go to do jeszcze większej frustracji, dlatego postanowił szybko stamtąd wyjść.
            Przez kilka następnych dni był zajęty i miłosne rozterki musiały zejść na dalszy plan. Jednak gdy jego trenerskie zadanie zostało wykonane, wcale nie myślał o wyjeździe z Ruhpolding.
            Nadal jak co dzień biegał po okolicy, ale nie zrywał się o świcie. Dziś skierował się w stronę kompleksu skoczni. Truchtał w wolnym tempie, a i tak czuł pot spływający po całym ciele, bo słońce znajdowało się już wysoko na niebie i prażyło niemiłosiernie. W powietrzu też można było wyczuć charakterystyczny zapach upalnego lata. Wbiegł na teren skoczni i rozpoczął rozciąganie. Ćwicząc, zauważył, że ktoś siedzi na trybunach odwrócony do niego plecami, tak, że na pewno go nie widział. To była dziewczyna pochylająca się nad czymś, czego, niestety, nie mógł dostrzec.
            Poczuł dziwny dreszcz, coś jakby niepokój, a jego serce przyspieszyło, choć i tak biło w szaleńczym tempie po wysiłku fizycznym. Wtem dziewczyna odrzuciła do tyłu blond włosy, które zalśniły w świetle słońca. Andreas zrozumiał, że od początku wiedział. Nie pomylił się. Jego podświadomość bezbłędnie rozpoznała, że to ona i dlatego od razu spotkał się z nagłą reakcją organizmu.
            Postanowił truchcikiem zatoczyć szeroki łuk, by zobaczyć, czym tak bardzo była zajęta, nie zdradzając jednak swojej obecności. Przeszło mu też przez myśl, żeby zwyczajnie do niej podejść, lecz wtedy zadzwonił jej telefon. Szybko odłożyła to, co miała w dłoniach i przez chwilę przetrząsała torebkę w poszukiwaniu telefonu. Sama rozmowa trwała bardzo krótko i niestety nie słyszał ani słowa. Nie, żeby chciał podsłuchiwać. Potem dziewczyna chwyciła torebkę i pognała przed siebie. Nie zauważyła go, więc odprowadzał ją wzrokiem do momentu, gdy znikła za ogrodzeniem.
            Andreas wzruszył ramionami całkowicie zdezorientowany. Nie miał już ochoty biec dalej, dlatego wpadł na genialny pomysł, żeby pójść w miejsce, gdzie siedziała dziewczyna i samemu sprawdzić, na co mogła patrzyć. Już miał usiąść, gdy pod stopami zauważył gruby zeszyt w oprawce przedstawiającej nocne niebo. Podniósł go i otworzył w miejscu, gdzie znajdował się włożony ołówek. Spojrzał na niedokończony rysunek i aż usiadł z wrażenia. Podniósł wzrok i zobaczył skocznię w całej okazałości i znów zerknął na rysunek. To, co rysowało się na białej kartce, było jakby bardziej realne, niż prawdziwy obiekt, gdyby oczywiście nie rozmiar i brak kolorów. Obrazek wyrastał z bieli jak budynek stawiany przez konstruktora, lecz nie był martwą architekturą – żył.
            Andreas przez moment myślał o tym, w jaki sposób zwróci zeszyt właścicielce i zerknął nawet, czy nie jest gdzieś podpisany. Niestety nic. Nie było żadnej wskazówki. Zaczął kartkować zeszyt i, choć była w nim spora ilość białych kartek, znalazł też sporo rysunków wykonanych ołówkiem, między innymi: całującą się parę zakochanych, parkową aleję, ośnieżone szczyty gór, otuloną śniegiem uliczną latarnię, pluszaka porzuconego w kącie pokoju, młodego faceta na motocyklu. Były też mniej przyjemne, które szczególnie przykuły jego uwagę, a mianowicie podjazd przed domem i następnie był rysunek kobiety stojącej twarzą do okna, która, odsuwając lekko firankę, patrzyła na podwórko. Zmarszczył czoło i przewrócił kartkę wstecz. Przyjrzał się lepiej domowi i rzeczywiście w jednym oknie autorka zaznaczyła odchylenie firanki i coś, co wyglądało jak zarys ludzkiej sylwetki.
            Po krótkiej przerwie kartkował nadal i, pomijając kobietę z psem i biegającego mężczyznę, dotarł do rysunku poskręcanego drzewa wyglądającego jakby coś w niego uderzyło z ogromną siłą, potem był mężczyzna śpiący na stole przy butelce wódki, dziewczyna pochylająca się nad grobem, spacerująca po torach, tuląca misia itd. Poczuł się poruszony do głębi. Powoli docierało do niego, że być może autorka jest tą dziewczyną, choć żaden rysunek nie pokazywał jej twarzy i chyba właśnie to go utwierdzało w swoim przekonaniu. W końcu inne postaci miały twarze.
            Wieczorem nie bardzo wiedział, co by ze sobą zrobić, bo chyba ciągle za dużo myślał. Odczuwał potrzebę zwierzenia się komuś. Ale komu? Komu może zaufać? Nikt z jego przyjaciół nie był dyskretny i właściwie to nadawali się oni wyłącznie do wspólnej zabawy. Pomyślał więc o kumplach ze środowiska skoków. Wahał się między Geigerem a Wankiem, ale tylko przez chwilę.
– Wank na pewno mnie wyśmieje – mruknął sam do siebie i wybrał numer Karla, lecz ten nie odbierał.
– Cholera! – zaklął.
            Nie pozostało mu nic innego jak rozmowa ze swoim imiennikiem.
– Cześć, Andi! Jak leci? Chyba kiepsko, skoro do mnie dzwonisz, ale nic się nie martw – pomogę ci! – zalał go potokiem słów, odbierając już po pierwszym sygnale.
– Cześć, stary. U ciebie też nie najlepiej, skoro zaraz odebrałeś – zarzucił mu.
– Pst! Jestem na rodzinnej imprezie. Wiesz, imieniny cioci – ściszył głos.
– To wszystko wyjaśnia. Jesteś pijany!
– Co ty chrzanisz? Ja? No, może trochę. Cioci nie sposób odmówić. A co ty chciałeś? Wal śmiało!
– Nie wiem czy to ma sens… – westchnął zrezygnowany. Całkiem odeszła go ochota zwierzenia się temu głupkowi.
– Dawaj! W końcu od tego ma się kumpla.
– Znalazłem dziś coś, co należy do pewnej dziewczyny. Zgubiła to, a ja powinienem oddać, ale nie wiem jak. Nie znam jej adresu, nazwiska, a nawet imienia – wyrzucił z siebie.
– Oj! Biedny Andi… Wiedziałem, że kiedyś ciebie też to dopadnie. – Zaczął chichotać.
– Przestań bredzić. Pomóż mi. – Miał wielką ochotę przerwać rozmowę…
– OK. Wiesz w jakim towarzystwie się obraca, skąd jest, czy cokolwiek?
– Tak, to dziewczyna kuzyna jednego z chłopców, którego trenowałem.
– Zajęta. Współczuję, młody.
– Miałeś przestać! – Wkurzało go gadanie Wanka. Rzucał mu prawdę prosto w twarz.
– Skoro wiesz tak dużo, to nie rozumiem w czym problem. Przecież możesz zwrócić zgubę przez tego małego. I po sprawie.
– Zależy mi, żeby oddać to osobiście.
– Wpadłeś po uszy! – wrzasnął znowu. – Mam taką radę: noś zawsze przy sobie to coś i licz na szczęście, że może ją spotkasz. Jednak jeśli minie jakiś tydzień – nie więcej! – musisz skontaktować się z tym małym.
– Dzięki.
– Ładna chociaż? – spytał.
– Spadaj! – rzucił i się rozłączył. Po co do niego dzwonił? Już słyszał te docinki, chyba że Wank był tak pijany, iż o wszystkim zapomni, gdy wytrzeźwieje.
            Nic lepszego nie przyszło mu do głowy, więc postanowił pójść za radą Andreasa. Szybko jednak mijały dni i stracił już nadzieję na spotkanie z dziewczyną, gdy pewnego popołudnia usiadł w swojej ulubionej kawiarence.
            Jak zwykle podeszła do niego Erika z uśmiechem na ustach. Zamawiając kawę, zauważył, że na sali jest jeszcze jedna kelnerka. ONA.
– Zatrudniliście jeszcze kogoś? – spytał, wskazując na dziewczynę, która jeszcze go nie zauważyła.
– Tak, potrzebna była dodatkowa pomoc – odparła.
            Czekając na zamówienie, zastanawiał się, jak to rozegrać, gdy kawa wylądowała tuż przed nim.
– Proszę! – Usłyszał i się wzdrygnął. To nie był głos Eriki. Spojrzał i zamrugał oczami.
– Zaczekaj! – Ledwo wydusił z siebie, gdy prawie miała odchodzić.
– Tak? – spytała uprzejmie.
– Chyba mam coś, co… należy do ciebie. – Wyjął zeszyt na stół i przesunął w jej kierunku.
            Wzięła go i włożyła sobie pod pachę, by mogła też nieść tacę.
– Jesteś Andreas Wellinger. Widziałam cię kiedyś na skoczni – powiedziała.
– Też cię widziałem. I potem, gdy zgubiłaś…
– Jestem ci bardzo wdzięczna. Postawię ci ciastko do tej kawy.
– Chętnie, ale chciałbym, żebyś zjadła je ze mną. – Sam nie wierzył, że to powiedział.
– Jestem w pracy. – Wzruszyła ramionami. – Może innym razem?
– Tak, oczywiście. – Co miał powiedzieć? Czuł się jak idiota.
– Wiem, że zaglądałeś. Widziałeś moje rysunki – powiedziała to takim smutnym głosem.
– Przyznaję. Pięknie rysujesz. – Tylko tyle potrafił powiedzieć.
            Nie odpowiedziała, lecz zapatrzyła się gdzieś w dal.
– Przepraszam, znasz moje imię a ja twojego nie… Czy…? – zająknął się.
– Martina Lorenz – rzuciła, wracając do rzeczywistości. – Muszę wracać do pracy. Smacznego! – powiedziała, odchodząc, a jeden kącik jej ust uniósł się, jakby chciała się uśmiechnąć.
            Andreas nie mógł sobie wybaczyć, że zrobił z siebie takiego idiotę! Jąkał się, bełkotał… Nie wypił kawy, ale zostawił pieniądze na stole i pospiesznie wyszedł. Musiał ochłonąć w samotności. Jej głos dźwięczał mu w uszach…

niedziela, 20 października 2019

#2


„Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego – mimo niepogody ujrzałam błękit  nieba.”

Martina obudziła się i zaledwie uniosła głowę, a już z powrotem opadła na poduszkę zniechęcona szarością deszczowego dnia. Nie miała jednak zamiaru wylegiwać się, więc leniwie zwlokła się z łóżka. Perspektywa spędzenia całego dnia samej w pustym domu nie napawała ją optymizmem, ale przecież była przyzwyczajona do samotności. Na szczęście potwory z przeszłości przerwały atak, kryjąc się w ciemnych zakamarkach przed światłem dnia, gdzie jak zwykle zaczekają na swoją ulubioną porę, kiedy to ożywi je ciemność nocy.
            Dziewczyna z powodu braku swoich rzeczy, na powrót ubrała się w to, co miała na sobie poprzedniego dnia. Opuściła swój pokój na piętrze i zeszła do kuchni. Zrobiła sobie mocną kawę, żeby pobudzić organizm z wszechogarniającego go otępienia. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w spływające po szybie krople deszczu. Pomyślała, że może gdy nadejdzie lato, pogoda się poprawi.
            W końcu coraz bardziej odczuwalny głód zmusił ją do ruszenia tyłka i przygotowania sobie czegoś do zjedzenia. Dawno minęło już południe i nie wiedziała, czy przygotować też coś dla rodziców, ale nie miała pojęcia, o której wrócą z pracy, bo przecież zapomniała zapytać o taki drobiazg. Dla siebie samej nie potrzebowała przyrządzać czegoś szczególnego i w pełni zaspokoiła się kanapkami z żółtym serem i szynką oraz szklanką soku.
            Gdy napełniła brzuch i posprzątała po sobie, przyłapała się na tym, że co jakiś czas spogląda na zegar, nie wiedząc nawet, na którą godzinę czeka.
            Tata nadal pracował w zakładzie stolarskim i, jeśli nic się nie zmieniło, to, o ile dobrze sobie zapamiętała, wróci pewnie po osiemnastej. Zastanawiała się czasem, dlaczego jego pracodawca postanowił obdarzyć go tak wielkim zaufaniem, że po skończeniu leczenia pozwolił mu wrócić do pracy na tym samym stanowisku. Najwyraźniej ojciec nigdy nie pozwalał sobie na picie w pracy, za to dogadzał sobie później. Dlatego też nigdy nie został zwolniony, tylko wysłano go na specjalny urlop. Doszła do wniosku, że ojciec mimo wszystko miał w życiu dużo szczęścia i dobrych ludzi przy swoim boku, którzy jednak postanowili trwać przy nim. Gdyby nie to, pewnie już dawno by się stoczył.
            Ciekawe czy w jej życiu też znajdą się takie osoby, które będą przy niej na dobre i na złe i nie pozwolą jej się poddać? A może historia się powtórzy i ona będzie pełnić tę samą rolę, jaką przez tyle lat pełniła jej mama? Chociaż zawsze pozostaje do wyboru droga ojca, ale to raczej mało prawdopodobne w jej przypadku.
            Wolnym krokiem podeszła do okna i wyjrzała na pusty i mokry podjazd. No tak, to przecież normalne, że wygląda przez okno, oczekując na kogoś. Dlaczego więc w swoim zachowaniu doszukiwała się przede wszystkim podobieństw do sytuacji sprzed lat? Dlaczego wydawało jej się, że zachowuje się jak matka?
            Tak, mama pewnie wróci za jakąś godzinę, gdy zamknie kwiaciarnię, którą prowadziła od lat, przejmując interes po swojej mamie. Martina uważała, że to bardzo przyjemna praca i uwielbiała, gdy mama czasem zabierała ją ze sobą na giełdę po kwiaty na specjalne zamówienia. Te wszystkie kolorowe i pachnące roślinki miały w sobie tyle uroku! Będąc w kwiaciarni zawsze obserwowała mężczyzn kupujących ogromne, czy też i symboliczne bukiety dla swoich wybranek. Teraz już dawno przestała wierzyć w to, że kiedykolwiek dostanie kwiaty od mężczyzny.
            Z zamyślenia wyrwał ją zajeżdżający przed dom samochód. Rozpoznała Maksa za kierownicą, ale wyszła dopiero, gdy zaczął zmagać się z jej bagażami w trakcie, gdy deszcz padał nadal w najlepsze.
– Czekaj, pomogę ci! – zawołała, próbując przekrzyczeć chlupot ulewy.
– Nie wychodź, bo cała przemokniesz! – zaprotestował, ale ona już wyciągała jedną z toreb z bagażnika.
            Oboje szybko się uwinęli i Martina z ulgą zamknęła za sobą drzwi wyjściowe.
– Wcześnie przyjechałeś. Nie spodziewałam się ciebie jeszcze – powiedziała.
– I tak nie miałem nic lepszego do roboty. – Uśmiechnął się, zdejmując mokrą kurtkę i buty.
– Kurtkę możesz zawiesić tutaj. – Wskazała wieszak, na który sama zarzuciła zmoczoną bluzę.
– A te walizki? Zanieść je gdzieś? – spytał.
– Jeśli mógłbyś, to mój pokój jest na górze.
– Oczywiście, przecież nie będę tu stały w przejściu.
– Ale ja ci pomogę.
            Nie chciała przyglądać się jak taszczy po schodach te ciężary, bo dobrze wiedziała, co tam zapakowała i ile ważą.
            Gdy znaleźli się w pokoju dziewczyny, Maks rozsiadł się na krześle przy biurku, wyciągając nogi przed siebie.
– Będziesz się teraz rozpakowywała? – spytał.
– Nie wiem. Wszystko mi jedno kiedy to zrobię. Mam czas – odparła.
– To prawda, ale dziwnie by mi się mieszkało w takim pustym pomieszczeniu.
– Racja, muszę jakoś zapełnić tę pustkę. Wiesz, że ja już wcześniej pomyślałam dokładnie o tym samym? – Uśmiechnęła się, przysiadając na skraju łóżka.
– Może jednak jest coś, co nas łączy?
            Po tych słowach przeniósł się bliżej dziewczyny, siadając tuż przy jej boku. Odgarnął jej długie rozpuszczone włosy i ujął twarz w dłonie. Patrzyła na niego, na jego krótko obcięte jasne włosy, pełne usta, lekki zarost na policzkach, aż ich oczy się spotkały. Sama nie wiedziała, co chciałaby ujrzeć w jego szarych niczym deszczowe niebo tęczówkach, bo w czarnych źrenicach wyraźnie dostrzegła swoje odbicie. Przyszło jej do głowy, że Max zapewne też próbuje wyczytać cokolwiek z jej spojrzenia. Ale cóż mógł tam zobaczyć? Bała się, że łatwo dostrzeże obojętność, z jaką podchodziła do momentów, kiedy chciał być wobec niej czuły.
            Teraz właśnie pochylił się i ich wargi się zetknęły. Dziewczyna nie czuła nic… szczególnego. Oczywiście odbierała jego pocałunki jako coś miłego i dość przyjemnego, ale czy tak właśnie powinna się czuć podczas pieszczot?
            Max zjechał dłońmi niżej, ujmując ją za kark chcąc pogłębić pocałunek, ale ona złapała go za ręce, odsuwając się odrobinę.
– Masz takie zimne dłonie. Ja, głupia, zapomniałam, że się przemoczyłeś na tym deszczu – rzuciła z wcale nieudawaną troską. Nie musiała grać, choć oczywiście to, co zrobiła, wyglądało jakby na siłę szukała pretekstu, by się od niego uwolnić. To nie do końca tak, choć prawdą było, że nie chciała go zbyt blisko do siebie dopuszczać.
– Może mnie rozgrzejesz? – spytał zaczepnie.
            Spojrzała na niego, unosząc lewą brew.
– Wiesz, że nie jestem w tym dobra. Ja po prostu się do tego nie nadaję.
– Wiem, nie wiem… Jakie to ma znaczenie? – Wzruszył ramionami. – A ty skąd to wiesz? Powiedz, skąd wiesz, że się nie nadajesz?
            Nie skomentowała tego, ani nic nie odpowiedziała. Potraktowała słowa Maksa tak, jakby nigdy nie zostały wypowiedziane. Zignorowała je.
– Pójdę zrobić nam coś ciepłego do picia. Chcesz kawę, herbatę, czy coś innego?
– Powiem, że to samo co ty – odparł obojętnie, patrząc na nią ciągle tak intensywnie, iż bała się, że przejrzy ją na wylot.
– W międzyczasie możesz wypakować rzeczy z tej torby. – Wskazała na jedną, w której były książki i różne przedmioty. – Poskładaj je na biurku lub gdziekolwiek.
            Skierowała się ku drzwiom.
– Czyli znowu mi uciekasz… – Bardziej stwierdził niż zapytał.
            Drgnęła lekko na te słowa. Zabolało ją to, co powiedział, bo w końcu była to najprawdziwsza prawda.  Zatrzymała się w progu, ale nie była w stanie się obejrzeć, nie mogła spojrzeć mu w oczy. Jedyne co przyszło jej do głowy to to, że racją jest, że zawsze stara się uciec, ale przecież on nawet nie próbuje jej złapać. W ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć tego głośno. Dlaczego miałaby robić mu wyrzuty, skoro sama nie grała fair? To byłoby niesprawiedliwe.
            Wyszła w końcu, ale, czekając aż woda zagotuje się w czajniku, nie mogła opędzić się od natrętnych myśli. Dlaczego była z Maksem? Mogła przecież w każdej chwili to zakończyć, ale czy wtedy czułaby się lepiej?
            Poznała Maksa przez przypadek, gdy pewnego dnia pomógł przynieść cioci zakupy do mieszkania. To było jakiś rok temu. Spotkali się kilka razy i choć nie wybuchło między nimi płomienne uczucie, to dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Zawsze mogła na niego liczyć i miała kogoś przy swoim boku. Nie wiedziała o nim zbyt dużo i wzajemnie – on o niej też. Ale nigdy nie pytał, nie naciskał. Jakże to było wygodne… Wiedziała, że nie jest głupi i na pewno wielu rzeczy się domyślał, ale widocznie to wszystko mu nie przeszkadzało. Tylko czasem zdarzyło mu się powiedzieć coś w stylu tego, co miało miejsce przed chwilą, ale ich związek musiał mu być na rękę, skoro jeszcze jej nie rzucił. Jak zniosłaby odrzucenie? Normalnie, jakoś by to przełknęła. Gorzej byłoby z poczuciem, że znowu będzie sama, czyli to, czego bała się najbardziej. Samotność chybaby ją zabiła.
            Z zamyślenia wyrwał ją gwizd czajnika. Zrobiła im gorącą czekoladę, z którą udała się z powrotem na górę.
– Szybko sobie z tym poradziłeś – powiedziała, widząc, że wypakował wszystko z jednej torby.
            Podała mu do rąk kubek z parującym i aromatycznym napojem.
– Dziękuję – odparł. – Może jeszcze w czymś ci pomóc? – spytał.
– Nie musisz, tam są tylko moje ubrania.
            Machnęła ręką odstawiając kubek na parapet i zabrała się za układanie książek na pustym regale. Kilka zeszytów, teczkę oraz blok rysunkowy wraz ze sporą ilością ołówków wrzuciła do szuflady biurka. Miała też kilka porcelanowych figurek, które postawiła na chybił trafił. Nad biurkiem wisiała dość spora tablica korkowa, która nie mogła zostać pusta, ale na razie nie miała pomysłu, czym ją zapełnić.
            Następnie uklękła przy największej walizce, z której wyjęła laptop oraz plątaninę kabli, a potem kosmetyczkę, przybory toaletowe i ręczniki. Odsunęła to wszystko na bok, bo równie dobrze mogła zanieść je do łazienki później.
– Koniec tego dobrego – odezwał się w końcu Max. – Nie będę tak bezczynnie siedział i się przyglądał. Pomogę ci.
            Przyciągnął do siebie jedną torbę i rozsunął zamek.
            Martina, widząc, za którą torbę się zabrał, trochę się zmieszała.
– Hej, czekaj! Tu są moje osobiste rzeczy. – Złapała go za ręce, gdy sięgnął po leżącą na wierzchu bluzę.
– Co ty tam takiego ukrywasz? – Zmarszczył czoło. – A, wiem! – Roześmiał się. – Założę się, że znalazłbym tu twoją bieliznę. Ale nie rozumiem, czego tak się boisz? – Mrugnął do niej, szczerząc zęby w uśmiechu.
– Świnia! – rzuciła. – Wyobrażasz sobie, że wspólnie układamy moje majtki i staniki? – Zmrużyła oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem.
            Wtem usłyszała trzaśnięcie wejściowych drzwi i po chwili także wołanie mamy.
– Idę! – krzyknęła, zbiegając na dół.
– Masz gościa? – spytała mama.
– Tak, jest u mnie Max. A co? Pewnie chcesz wjechać do garażu, ale wjazd jest zastawiony? – domyśliła się. – Zaraz go zawołam to przestawi samochód.
            Nie biegła już na górę, lecz głośno go zawołała. Zjawił się natychmiast.
– Dzień dobry, pani Lorenz – przywitał się.
– To właśnie jest Max, mamo.
– Miło mi. – Mama podała mu rękę. – Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś przestawił swój samochód, bo nie mogę zajechać przed dom.
            Max ubrał pośpiesznie buty i zarzucił mokrą kurtkę i oboje wyszli. Martina cierpliwie czekała aż wrócą. Nie minęła chwila, a już byli z powrotem, uciekając przed deszczem.
– Poczęstowałaś czymś kolegę? – spytała mama.
            Martina nie odpowiedziała, bo zupełnie nie pomyślała o tym, że Max może być głodny. Na szczęście chłopak przyszedł jej z pomocą.
– Proszę się mną nie przejmować. Popijamy sobie z Martiną gorącą czekoladę i pomagam jej się rozpakować.
– To ja w takim razie nie będę wam przeszkadzać.
            Gdy znaleźli się na górze i Martina zamknęła drzwi, Max wyjął z kieszeni kawałek czarnej koronki.
– To twoje? – spytał, próbując powstrzymać się od śmiechu.
– Skąd to masz?! – Rzuciła się w jego kierunku, rumieniąc się.
– Nie wiedziałem, że nosisz takie seksowne majteczki.
            Martina uderzyła go dłonią w klatkę piersiową i próbowała dosięgnąć jego ręki, którą trzymał uniesioną w górę, ściskając jej własność.
– Oddawaj! – krzyknęła.
– Sama sobie weź!
            Zrobił krok do tyłu, ale potknął się niefortunnie i upadł całym ciężarem, na szczęście na łóżko, które zamortyzowało upadek. Oczywiście dziewczynę pociągnął za sobą, ale tak, że czołem uderzyła go w nos.
– Masz za swoje! – odburknęła, gdy zaczął skarżyć się na ból.
            Chciała dodać coś jeszcze, ale poczuła, że się przemieszczają i nagle znalazła się pod nim. O mało co znowu nie wylądowali na podłodze, lecz Max zdawał się nie zwracać na to uwagi. Przylgnął wargami do ust dziewczyny i tym razem wiedziała, że mu nie ucieknie.
            Max oderwał się od niej dopiero, gdy oboje nie mogli złapać oddechu. Martina pogłaskała go po twarzy. Zdawało jej się, że przez chwilę dostrzegła cień smutku przebiegający po twarzy chłopaka. Chciałaby być dla niego lepszą dziewczyną, bo zdecydowanie zasługiwał na coś więcej, niż mogła mu dać.
– Pojadę już, żeby ci nie przeszkadzać. Jednak jutro, jeśli nie będzie padało, zabiorę cię w pewne miejsce. Co ty na to?
– Chętnie spędzę z tobą czas – przyznała szczerze.
– Będę przed południem. Bądź gotowa.
            Cmoknął ją jeszcze raz i podniósł się, pomagając też wstać dziewczynie. Już miał wyjść, ale coś sobie jeszcze przypomniał. – Zapomniałbym oddać. – Rzucił jej bieliznę. – Możesz je jutro założyć. – Puścił oczko.
– Możesz sobie tylko pomarzyć – rzuciła.
            Po wyjściu Maksa ułożyła swoje ubrania w szafie. Nie dawała jej spokoju jedynie pusta tablica korkowa. Wyjęła więc teczkę, w której gromadziła swoje ołówkowe rysunki i postanowiła powiesić niektóre z nich. Przypięła też zdjęcie Maksa.
            Tej nocy w urządzonym pokoju i z ulubionym misiem w objęciach spała zdecydowanie lepiej.
            Następnego dnia pogoda była lepsza i trochę się ociepliło, więc Max zabrał ją na przejażdżkę, jak obiecał.
– Dlaczego tutaj przyjechaliśmy? – zdziwiła się, widząc, że zajechali pod skocznie, gdzie najwidoczniej odbywał się trening młodych skoczków narciarskich.
– Obiecałem komuś, że dziś tu będę. Chodź, podejdziemy bliżej. On na pewno nas wygląda.
– Musisz wiele dla niego znaczyć – zauważyła.
– Nie, to on wiele znaczy dla mnie.
            Usiedli na trybunach blisko skoczni. Mogli obserwować małych chłopców, którzy ćwiczyli na niewielkim obiekcie pod opieką młodego chłopaka. Wszystkiemu zaś przyglądali się dwaj starsi mężczyźni, zapewne faktyczni trenerzy.
– Widzisz tego chłopca, który macha w naszym kierunku? To właśnie dla niego tutaj jesteśmy. To mój kuzyn, Christian. Ma tylko dziesięć lat, ale już chce być najlepszy. A ten, z którym rozmawia, to skoczek narciarski, Andreas Wellinger – ulubieniec Christiana – tłumaczył Max.
            Patrzyła na  uśmiechniętego chłopca, który rozmawiał z trenerem i pokazywał mu kuzyna. Wysoki szczupły blondyn obejrzał się w ich kierunku, patrząc życzliwie na Maksa. Potem skierował wzrok na nią i poczuła, że się jej przygląda. Odwzajemniła spojrzenie, a gdy ich oczy się spotkały, Martina poczuła, jakby czas na chwilę się zatrzymał. W dodatku te oczy… Mimo, że było ciepło, niebo pokrywała szara kołderka chmur, a w tych oczach zobaczyła błękit tak intensywny, że przywołał w myślach Martiny obraz błękitu letniego nieba. Mimowolnie się uśmiechnęła, co zostało chyba opatrznie zrozumiane, bo chłopak odwzajemnił jej uśmiech. Spuściła wzrok.
            Andreas Wellinger… Tylko on był teraz w jej myślach, choć starała się z tym walczyć. Poczuła, że żołądek znowu zawiązuje się w ciasny supełek, co wywołało znajome i niezbyt miłe skojarzenia. Przestraszyła się, że nic dobrego z tego nie wyniknie, a może przynieść tylko i wyłącznie ból.
            To skutecznie ją otrzeźwiło. Lecz chyba tylko chwilowo, bo, gdy wracała z Maksem, opierając głowę na jego plecach i patrząc w niebo, ujrzała skrawek czystego błękitu, natychmiast znów zobaczyła te oczy opromienione życzliwym uśmiechem.

niedziela, 13 października 2019

#1


„Zawsze wiedziałam, że prędzej czy później tutaj wrócę.”

            Przed jadącymi motocyklem rozciągał się piękny górski krajobraz. Pasażerka zaczęła dawać kierowcy znaki, żeby się zatrzymał i po chwili zsiadała już z pojazdu, zdejmując kask, spod którego na jej plecy rozsypała się kaskada złotych włosów.
            Drobna i niewysoka dziewczyna podeszła do krawędzi drogi, która biegła ponad leżącym w dole miasteczkiem. Tam właśnie zmierzali.
            Patrzyła na majestatyczne góry, które ośnieżonymi szczytami zdawały się sięgać samego nieba, tak czystego i błękitnego, że aż musiała zmrużyć oczy. Spuściła więc wzrok na leżące w dole domki, rozsiane po całej dolinie. Próbowała rozpoznawać w pamięci, do którego z mieszkańców należą. Nie sprawiało jej to problemów, więc uśmiechnęła się sama do siebie.
            Ruhpolding… Tu był jej dom i czuła się mile zaskoczona, że prawie nic tutaj się nie zmieniło, odkąd wyjechała cztery lata temu. Chciała się stąd wyrwać, właściwie uciec, ale już wtedy wiedziała, że kiedyś na pewno tu wróci.
– Martina? Jedziemy dalej? – Z zamyślenia wyrwał ją głoś jej towarzysza.
– Hm…? Mówiłeś coś? – Odwróciła się powoli od urzekającego widoku.
– Pytałem, czy możemy już jechać. – W jego tonie wyczuła nutkę zniecierpliwienia.
– Tak, Max. Jedźmy już.
            Wsiadła na motocykl i, zanim włożyła kask, zdążyła wciągnąć spory haust czystego górskiego powietrza.
            Czuła narastający w jej ciele strach, który powodował, że żołądek powoli zawiązywał się w ciasny supeł. Tyle razy próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał jej powrót. Chciała ułożyć scenariusz tego wydarzenia, zaplanować, co powie, jak się zachowa, ale nie potrafiła. Stanie przed drzwiami i… co dalej? Kto ją powita? Czy ktoś  w ogóle będzie w domu? Co ona ma zrobić?
            Cztery lata… Tyle nie było jej w domu, tyle nie widziała się z rodzicami. To bardzo długo. Ostatnio była tutaj na pogrzebie babci, która zmarła dwa miesiące po tym, jak pomogła wnuczce znaleźć miejsce z dala od… tego wszystkiego. Była jej jedynym sojusznikiem…
            Zatrzymywali się właśnie na podjeździe domu jej rodziców. Kiedyś też jej domu, ale czy znowu tak będzie? Odepchnęła więc wspomnienia, bo to co tu i teraz napawało ją większym przerażeniem.
            Gdy zsiadła z motocykla i już miała sobie tak po prostu odejść, usłyszała, że Max coś jeszcze do niej mówi. Odwróciła się i spojrzała na niego prawie niewidzącym wzrokiem.
– Dasz radę? – spytał.
            Kiwnęła twierdząco głową, przygryzając dolną wargę.
– Jutro pojadę po twoje rzeczy. Przed wieczorem będę z powrotem. Gdyby coś… to wiesz, że możesz dzwonić.
            Wyczuła niepokój w jego głosie. Czyżby aż tak się o nią troszczył?
  Moje wszystkie rzeczy są spakowane i czekają u cioci. Ona wie co ma ci dać. I… jeszcze jedno! Nie martw się, bo cały bagaż zmieści się do samochodu. – Spróbowała się uśmiechnąć.
– Wcale nie miałem zamiaru w to wątpić – odpowiedział rozbawiony, ale widziała, że od razu znów poważnieje. – Martina? Chodź tutaj.
            Posłusznie podeszła bliżej, a gdy wyciągnął ramiona, wtuliła się w nie, obejmując go ciasno. Tak, tego potrzebowała. Czuła, że chłopak próbuje odchylić jej twarz, by móc ją pocałować, ale przylgnęła jeszcze mocniej do jego ramienia. Musnął więc tylko wargami czubek jej głowy. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się dziwnie, ale cóż – ich relacje były dość… nietypowe. Teraz nie miała czasu zaprzątać sobie tym głowy, dlatego szybko się pożegnali i Martina ruszyła do drzwi domu.
            Już miała nacisnąć dzwonek, gdy drzwi się otworzyły i w progu stanęła mama. Dziewczyna zaskoczona tym nagłym spotkaniem zrobiła krok w tył. Zdała sobie sprawę, że mama zapewne obserwowała ich od początku, gdy tylko pojawili się przed domem.
            Matka i córka patrzyły na siebie i nic się nie działo. Martina nie wiedziała, co myśli o niej mama, ale ona sama pomyślała, że matka nic się nie zmieniła. Może tylko przybyło jej zmarszczek i siwych włosów, ale poza tym nadal dobrze się prezentowała ze swoją szczupłą figurą i zadbanym wyglądem.
– Martina, dziecko… To naprawdę ty? – powiedziała w końcu matka łamiącym się głosem, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
– Mamo… Wróciłam – zdążyła powiedzieć Martina i się rozpłakała.
            Teraz płakały obie, próbując się przytulić, ale szło im to dość niezdarnie.
            W końcu pojawił się ojciec.
– Ktoś przyszedł? – spytał zdezorientowany, ale od razu zamilkł, widząc swoją córkę.
            Martina domyśliła się, że matka nie zdążyła go wcześniej poinformować o jej przyjeździe. Spojrzał niepewnie na córkę i natychmiast spuścił wzrok. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż sobie zapamiętała. Widocznie terapia i normalne funkcjonowanie mu służyło. Dla Martiny wydał  się taki… biedny, zawstydzony. Chciała podbiec do niego i mocno go uściskać. Pokazać, że nie chowa do niego urazy, ale coś dławiło ją w gardle, nie mogła też ruszyć się z miejsca. Niespiesznie otarła oczy z łez i w końcu ruszyła w jego kierunku.
– Cześć, tato. – Uśmiechnęła się do niego, podając mu dłoń na powitanie i lekko przytuliła policzek do jego policzka.
            Rodzice mimo wszystko nadal czuli się trochę skrępowani, a ją samą traktowali oficjalnie, jakby była gościem. Zaprosili ją do środka, posadzili w salonie, częstując słodką kawą i ciasteczkami. Starali się też podtrzymać rozmowę, ale nie za bardzo mieli o co pytać córkę. W końcu przez cały ten czas, kiedy mieszkała u ciotki rodzice mogli wiedzieć o niej wszystko, a ona o nich.
– Kim był ten młody człowiek, z którym tu przyjechałaś? – spytała w końcu mama.
– To mój bardzo dobry kolega, Max Steiner. Mieszka w Monachium, ale tutaj ma rodzinę. Umówiliśmy się, że jak będzie tu jechał, to zabiorę się z nim. Niestety  na motocykl nie mogłam wziąć wszystkich moich rzeczy, dlatego… mam tylko to. – Wskazała na swoją podręczną torebkę. – Na szczęście Max jest tak dobry, że obiecał pożyczyć samochód wujka i przywieźć jutro moje bagaże.
– Czyli twój… kolega jest motocyklistą? – spytał ojciec.
– Tak, chyba można tak powiedzieć, bo rzadko rozstaje się ze swoim maleństwem. – Uśmiechnęła się.
– Często z nim jeździsz? – dopytywała się mama.
            Martina w środku czuła się rozbawiona tymi pytaniami o motocykl. Cóż, widać jej rodzice nie różnili się zbyt od innych i jazda na motocyklu jawiła im się jako wielkie zło i źródło wszelkich tragedii.
– Czasem się zdarza – odpowiedziała, powstrzymując się od komentarza.
– A czy on chociaż jeździ ostrożnie? – dodał ojciec.
            Dziewczyna spojrzała na niego, a w jej oczach pojawił się przez krótką chwilę błysk złości. Na usta cisnęły jej się pełne gniewu słowa, że jakim prawem on może pytać o takie rzeczy. Obiecała sobie jednak kiedyś, że nigdy niczego rodzicom nie wypomni, dlatego stłumiła wszystko w sobie. Zresztą dostrzegła jak ojciec od razu spuszcza wzrok, zdając sobie sprawę ze swojej gafy.
            Martina, przymykając na chwilę oczy, ujrzała siebie na miejscu pasażera rozpędzonego samochodu, który na kolejnym zakręcie stracił przyczepność. Widziała jak sama kurczowo trzyma się fotela i przez moment poczuła znów zapach alkoholowego oddechu dolatującego od strony kierowcy. Potem był tylko potworny huk i nastała ciemność.
            Dziewczyna natychmiast otrząsnęła się, otwierając oczy i odchrząkując.
– Nie wnikam w to jak jeździ. Wiem tylko tyle, że ze mną zawsze prowadzi bezpiecznie – odparła.
            Cała ta sytuacja i jej zawahanie przed odpowiedzią dla zwykłego obserwatora było niezauważalne. Mógłby stwierdzić, że zastanawia się nad dyplomatyczną odpowiedzią. Niestety w ich gronie każdy poczuł się niezręcznie i dalsza rozmowa już się nie kleiła. Zresztą zapadał wieczór, więc mama zaprowadziła córkę do jej dawnego pokoju.
– Nic tutaj nie zmieniałam. Wszystko jest tak, jak zostawiłaś. Muszę tylko przynieść ci świeżą pościel i chyba będziesz jeszcze potrzebować piżamę.
– Byłoby miło – odparła Martina.
            Dziewczyna rozejrzała się po pokoju, ale nie wzbudziło to w niej żadnych emocji. Cztery ściany, które kiedyś były jej schronieniem, gdzie czasem przychodziła babcia i opowiadała jej bajki na dobranoc. Lecz teraz było tu pusto. Pomyślała, że jeśli ma tu znowu mieszkać, musi czymś wypełnić tę pustkę.
            Mama przyniosła pościel i zaczęła zakładać na kołdrę.
– Mamo, sama umiem to zrobić – zaprotestowała.
            Sama zabrała się za robotę. Mama nie wyszła z pokoju, ale bacznie przyglądała się córce.
– Masz jakieś plany? – spytała w końcu.
– Plany to za dużo powiedziane. Na razie mam trochę oszczędności, ale chciałabym znaleźć pracę gdzieś w okolicy. Może w jesieni pójdę na studia? Myślałam o turystyce, ale tylko i wyłącznie weekendowo. Mogłabym nocować u cioci… Ale nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie. – Wzruszyła ramionami.
            Mama miała minę jakby chciała jeszcze o coś zapytać, ale nic się nie odezwała.
            Po zjedzeniu kolacji Martina długo jeszcze siedziała przed domem, mimo że było dość chłodno. Patrzyła na światła w pobliskich domach, myślała o ludziach, których kiedyś znała.
Zastanawiała się, czy będą o niej plotkować, czy w ogóle ją poznają… Właściwie to nie zależało jej na tym, co sobie pomyślą, bo przecież i tak byli jej prawie obcy. Nigdy nie miała w Ruhpolding przyjaciół.
            Światła powoli gasły. Całe miasteczko pogrążało się w ciemności. Martina poszła więc do domu, przekręcając klucz we frontowych drzwiach. Wzięła szybki prysznic i położyła się do łóżka.
            Długo nie mogła zasnąć, przewracając się z boku na bok. Było tak cicho… Za bardzo przyzwyczaiła się do miejskiego zgiełku. W końcu zapadła w niespokojny sen. Coś jej się śniło, ale wszystko było takie poplątane i działo się tak szybko, że nic z tego nie pamiętała, aż zdała sobie sprawę, że siedzi na łóżku zlana potem i wcale nie śpi. Nasłuchiwała uważnie, bojąc się, że zaraz usłyszy coś niepokojącego, ale żaden dźwięk nie docierał do jej uszu, oprócz własnego bicia serca i przyspieszonego oddechu.
            Z oczu pociekły jej łzy. Położyła się, wtulając twarz w poduszkę. Żałowała, że nie ma swojego ulubionego pluszaka, do którego mogłaby się przytulić.
– Nigdy się od tego nie uwolnię – pomyślała.
            Usłyszała, że za oknem wzmógł się wiatr i po chwili drobne krople deszczu zaczęły uderzać o szyby.
            Ten dźwięk ukołysał ją do snu.