„Zawsze wiedziałam, że prędzej czy później tutaj wrócę.”
Przed jadącymi motocyklem rozciągał
się piękny górski krajobraz. Pasażerka zaczęła dawać kierowcy znaki, żeby się
zatrzymał i po chwili zsiadała już z pojazdu, zdejmując kask, spod którego na
jej plecy rozsypała się kaskada złotych włosów.
Drobna i niewysoka dziewczyna
podeszła do krawędzi drogi, która biegła ponad leżącym w dole miasteczkiem. Tam
właśnie zmierzali.
Patrzyła na majestatyczne góry,
które ośnieżonymi szczytami zdawały się sięgać samego nieba, tak czystego i
błękitnego, że aż musiała zmrużyć oczy. Spuściła więc wzrok na leżące w dole
domki, rozsiane po całej dolinie. Próbowała rozpoznawać w pamięci, do którego z
mieszkańców należą. Nie sprawiało jej to problemów, więc uśmiechnęła się sama
do siebie.
Ruhpolding… Tu był jej dom i czuła
się mile zaskoczona, że prawie nic tutaj się nie zmieniło, odkąd wyjechała
cztery lata temu. Chciała się stąd wyrwać, właściwie uciec, ale już wtedy
wiedziała, że kiedyś na pewno tu wróci.
–
Martina? Jedziemy dalej? – Z zamyślenia wyrwał ją głoś jej towarzysza.
–
Hm…? Mówiłeś coś? – Odwróciła się powoli od urzekającego widoku.
–
Pytałem, czy możemy już jechać. – W jego tonie wyczuła nutkę zniecierpliwienia.
–
Tak, Max. Jedźmy już.
Wsiadła na motocykl i, zanim włożyła
kask, zdążyła wciągnąć spory haust czystego górskiego powietrza.
Czuła narastający w jej ciele
strach, który powodował, że żołądek powoli zawiązywał się w ciasny supeł. Tyle
razy próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał jej powrót. Chciała ułożyć
scenariusz tego wydarzenia, zaplanować, co powie, jak się zachowa, ale nie
potrafiła. Stanie przed drzwiami i… co dalej? Kto ją powita? Czy ktoś w ogóle będzie w domu? Co ona ma zrobić?
Cztery lata… Tyle nie było jej w
domu, tyle nie widziała się z rodzicami. To bardzo długo. Ostatnio była tutaj
na pogrzebie babci, która zmarła dwa miesiące po tym, jak pomogła wnuczce
znaleźć miejsce z dala od… tego wszystkiego. Była jej jedynym sojusznikiem…
Zatrzymywali się właśnie na
podjeździe domu jej rodziców. Kiedyś też jej domu, ale czy znowu tak będzie?
Odepchnęła więc wspomnienia, bo to co tu i teraz napawało ją większym
przerażeniem.
Gdy zsiadła z motocykla i już miała
sobie tak po prostu odejść, usłyszała, że Max coś jeszcze do niej mówi.
Odwróciła się i spojrzała na niego prawie niewidzącym wzrokiem.
–
Dasz radę? – spytał.
Kiwnęła twierdząco głową,
przygryzając dolną wargę.
–
Jutro pojadę po twoje rzeczy. Przed wieczorem będę z powrotem. Gdyby coś… to
wiesz, że możesz dzwonić.
Wyczuła niepokój w jego głosie.
Czyżby aż tak się o nią troszczył?
– Moje wszystkie rzeczy są spakowane i czekają
u cioci. Ona wie co ma ci dać. I… jeszcze jedno! Nie martw się, bo cały bagaż
zmieści się do samochodu. – Spróbowała się uśmiechnąć.
–
Wcale nie miałem zamiaru w to wątpić – odpowiedział rozbawiony, ale widziała,
że od razu znów poważnieje. – Martina? Chodź tutaj.
Posłusznie podeszła bliżej, a gdy
wyciągnął ramiona, wtuliła się w nie, obejmując go ciasno. Tak, tego
potrzebowała. Czuła, że chłopak próbuje odchylić jej twarz, by móc ją
pocałować, ale przylgnęła jeszcze mocniej do jego ramienia. Musnął więc tylko
wargami czubek jej głowy. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się dziwnie, ale
cóż – ich relacje były dość… nietypowe. Teraz nie miała czasu zaprzątać sobie
tym głowy, dlatego szybko się pożegnali i Martina ruszyła do drzwi domu.
Już miała nacisnąć dzwonek, gdy
drzwi się otworzyły i w progu stanęła mama. Dziewczyna zaskoczona tym nagłym
spotkaniem zrobiła krok w tył. Zdała sobie sprawę, że mama zapewne obserwowała
ich od początku, gdy tylko pojawili się przed domem.
Matka i córka patrzyły na siebie i
nic się nie działo. Martina nie wiedziała, co myśli o niej mama, ale ona sama
pomyślała, że matka nic się nie zmieniła. Może tylko przybyło jej zmarszczek i
siwych włosów, ale poza tym nadal dobrze się prezentowała ze swoją szczupłą
figurą i zadbanym wyglądem.
–
Martina, dziecko… To naprawdę ty? – powiedziała w końcu matka łamiącym się
głosem, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
–
Mamo… Wróciłam – zdążyła powiedzieć Martina i się rozpłakała.
Teraz płakały obie, próbując się
przytulić, ale szło im to dość niezdarnie.
W końcu pojawił się ojciec.
–
Ktoś przyszedł? – spytał zdezorientowany, ale od razu zamilkł, widząc swoją
córkę.
Martina domyśliła się, że matka nie
zdążyła go wcześniej poinformować o jej przyjeździe. Spojrzał niepewnie na
córkę i natychmiast spuścił wzrok. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż sobie
zapamiętała. Widocznie terapia i normalne funkcjonowanie mu służyło. Dla
Martiny wydał się taki… biedny,
zawstydzony. Chciała podbiec do niego i mocno go uściskać. Pokazać, że nie
chowa do niego urazy, ale coś dławiło ją w gardle, nie mogła też ruszyć się z
miejsca. Niespiesznie otarła oczy z łez i w końcu ruszyła w jego kierunku.
–
Cześć, tato. – Uśmiechnęła się do niego, podając mu dłoń na powitanie i lekko
przytuliła policzek do jego policzka.
Rodzice mimo wszystko nadal czuli
się trochę skrępowani, a ją samą traktowali oficjalnie, jakby była gościem.
Zaprosili ją do środka, posadzili w salonie, częstując słodką kawą i
ciasteczkami. Starali się też podtrzymać rozmowę, ale nie za bardzo mieli o co
pytać córkę. W końcu przez cały ten czas, kiedy mieszkała u ciotki rodzice
mogli wiedzieć o niej wszystko, a ona o nich.
–
Kim był ten młody człowiek, z którym tu przyjechałaś? – spytała w końcu mama.
–
To mój bardzo dobry kolega, Max Steiner. Mieszka w Monachium, ale tutaj ma
rodzinę. Umówiliśmy się, że jak będzie tu jechał, to zabiorę się z nim.
Niestety na motocykl nie mogłam wziąć
wszystkich moich rzeczy, dlatego… mam tylko to. – Wskazała na swoją podręczną
torebkę. – Na szczęście Max jest tak dobry, że obiecał pożyczyć samochód wujka i
przywieźć jutro moje bagaże.
–
Czyli twój… kolega jest motocyklistą? – spytał ojciec.
–
Tak, chyba można tak powiedzieć, bo rzadko rozstaje się ze swoim maleństwem. –
Uśmiechnęła się.
–
Często z nim jeździsz? – dopytywała się mama.
Martina w środku czuła się
rozbawiona tymi pytaniami o motocykl. Cóż, widać jej rodzice nie różnili się
zbyt od innych i jazda na motocyklu jawiła im się jako wielkie zło i źródło
wszelkich tragedii.
–
Czasem się zdarza – odpowiedziała, powstrzymując się od komentarza.
–
A czy on chociaż jeździ ostrożnie? – dodał ojciec.
Dziewczyna spojrzała na niego, a w
jej oczach pojawił się przez krótką chwilę błysk złości. Na usta cisnęły jej
się pełne gniewu słowa, że jakim prawem on może pytać o takie rzeczy. Obiecała
sobie jednak kiedyś, że nigdy niczego rodzicom nie wypomni, dlatego stłumiła
wszystko w sobie. Zresztą dostrzegła jak ojciec od razu spuszcza wzrok, zdając
sobie sprawę ze swojej gafy.
Martina, przymykając na chwilę oczy,
ujrzała siebie na miejscu pasażera rozpędzonego samochodu, który na kolejnym
zakręcie stracił przyczepność. Widziała jak sama kurczowo trzyma się fotela i
przez moment poczuła znów zapach alkoholowego oddechu dolatującego od strony
kierowcy. Potem był tylko potworny huk i nastała ciemność.
Dziewczyna natychmiast otrząsnęła
się, otwierając oczy i odchrząkując.
–
Nie wnikam w to jak jeździ. Wiem tylko tyle, że ze mną zawsze prowadzi bezpiecznie
– odparła.
Cała ta sytuacja i jej zawahanie
przed odpowiedzią dla zwykłego obserwatora było niezauważalne. Mógłby stwierdzić,
że zastanawia się nad dyplomatyczną odpowiedzią. Niestety w ich gronie każdy
poczuł się niezręcznie i dalsza rozmowa już się nie kleiła. Zresztą zapadał
wieczór, więc mama zaprowadziła córkę do jej dawnego pokoju.
–
Nic tutaj nie zmieniałam. Wszystko jest tak, jak zostawiłaś. Muszę tylko
przynieść ci świeżą pościel i chyba będziesz jeszcze potrzebować piżamę.
–
Byłoby miło – odparła Martina.
Dziewczyna rozejrzała się po pokoju,
ale nie wzbudziło to w niej żadnych emocji. Cztery ściany, które kiedyś były
jej schronieniem, gdzie czasem przychodziła babcia i opowiadała jej bajki na
dobranoc. Lecz teraz było tu pusto. Pomyślała, że jeśli ma tu znowu mieszkać,
musi czymś wypełnić tę pustkę.
Mama przyniosła pościel i zaczęła
zakładać na kołdrę.
–
Mamo, sama umiem to zrobić – zaprotestowała.
Sama zabrała się za robotę. Mama nie
wyszła z pokoju, ale bacznie przyglądała się córce.
–
Masz jakieś plany? – spytała w końcu.
–
Plany to za dużo powiedziane. Na razie mam trochę oszczędności, ale chciałabym
znaleźć pracę gdzieś w okolicy. Może w jesieni pójdę na studia? Myślałam o
turystyce, ale tylko i wyłącznie weekendowo. Mogłabym nocować u cioci… Ale nie
wiem jeszcze co z tego wyjdzie. – Wzruszyła ramionami.
Mama miała minę jakby chciała
jeszcze o coś zapytać, ale nic się nie odezwała.
Po zjedzeniu kolacji Martina długo
jeszcze siedziała przed domem, mimo że było dość chłodno. Patrzyła na światła w
pobliskich domach, myślała o ludziach, których kiedyś znała.
Zastanawiała
się, czy będą o niej plotkować, czy w ogóle ją poznają… Właściwie to nie
zależało jej na tym, co sobie pomyślą, bo przecież i tak byli jej prawie obcy.
Nigdy nie miała w Ruhpolding przyjaciół.
Światła powoli gasły. Całe
miasteczko pogrążało się w ciemności. Martina poszła więc do domu, przekręcając
klucz we frontowych drzwiach. Wzięła szybki prysznic i położyła się do łóżka.
Długo nie mogła zasnąć, przewracając
się z boku na bok. Było tak cicho… Za bardzo przyzwyczaiła się do miejskiego
zgiełku. W końcu zapadła w niespokojny sen. Coś jej się śniło, ale wszystko
było takie poplątane i działo się tak szybko, że nic z tego nie pamiętała, aż
zdała sobie sprawę, że siedzi na łóżku zlana potem i wcale nie śpi. Nasłuchiwała
uważnie, bojąc się, że zaraz usłyszy coś niepokojącego, ale żaden dźwięk nie
docierał do jej uszu, oprócz własnego bicia serca i przyspieszonego oddechu.
Z oczu pociekły jej łzy. Położyła
się, wtulając twarz w poduszkę. Żałowała, że nie ma swojego ulubionego
pluszaka, do którego mogłaby się przytulić.
–
Nigdy się od tego nie uwolnię – pomyślała.
Usłyszała, że za oknem wzmógł się
wiatr i po chwili drobne krople deszczu zaczęły uderzać o szyby.
Ten dźwięk ukołysał ją do snu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz