czwartek, 10 października 2019

Prolog


„Nie umiem zmienić swojej przeszłości. Chciałabym zapomnieć, ale to już na zawsze będzie gdzieś we mnie tkwiło. Nie dam rady uciec.”

            Mała dziewczynka wyrwana nagle ze snu usiadła ze strachem na swoim łóżeczku. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ciemność pokoju. Za drzwiami słyszała jak mama płakała i krzyczała. To ojciec wrócił do domu.
            – Mamusiu, nie płacz – powiedziała bezgłośnie, zaciskając powieki, spod których zaczęły sączyć się strużki łez. Nigdy nie umiała powstrzymać płaczu, gdy ktoś inny płakał w jej obecności.
            Poczuła, że potrzebuje do toalety, ale nie miała odwagi wyjść z pokoju. Wiedziała, że pewnie znowu zmoczy się w nocy i sprawi mamie kłopot, lecz nie umiała pokonać własnego strachu. Siedząc, obejmowała rączkami kolana i mocno przyciągała je do siebie. Kiwała się rytmicznie w przód i w tył. Nawet nie próbowała zasnąć, bo wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie. Przynajmniej dopóki w domu nie zapadnie cisza.
            Mama i tata byli dla niej dobrzy, więc nie rozumiała dlaczego czasem – raczej częściej niż rzadziej – muszą toczyć ze sobą kłótnie. Może nie rozumiała, ale wiele zapamiętywała i zawsze przeczuwała, kiedy to nastąpi.
            Tego dnia była tego pewna, bo od razu wyczuła niepokój mamy, która nerwowo spoglądała na duży kuchenny zegar. Ten powoli, ale zdecydowanie odmierzał czas i wskazówki już dawno minęły godzinę, o której tata powinien wrócić do domu.
            Dziewczynka, bawiąc się lalkami pod opieką babci, kątem oka obserwowała mamę, która co jakiś czas podchodziła do okna i wyglądała na ciągle pusty podjazd.
            Tata zawsze wracał do domu, ale dni kiedy przyjeżdżał trzeźwy o odpowiedniej porze było mniej niż tych, kiedy się spóźniał. Zaś każda godzina spóźnienia wskazywała na większy stan upojenia. A potem wszystko toczyło się normalnym torem: mama krzyczała na tatę, popychała go, potem płakała i użalała się nad swoim losem, by w końcu nastała cisza.
            Dziewczynka tyle razy chciała podbiec do mamy i poprosić ją, by nie krzyczała. Tata zaś nigdy nie podnosił głosu, jakby to wszystko go nie dotyczyło. Tego też nie znosiła. Tęskniła zawsze do tych zwykłych, spokojnych dni, ale nigdy się nie skarżyła. Znosiła wszystko w ciszy, bo zwyczajnie się bała, że jeśli jeszcze ona będzie zmartwieniem dla rodziców, to w końcu się rozstaną, a ona zostanie sama.
            Samotność i brak oparcia w bliskich szybko zaszczepiły w  niej strach i nieufność.
            Tej nocy wyobrażała sobie, że zabiera swojego pluszowego misia i ucieka w ciemną noc, gdzie nie słychać krzyków…
            Powoli zapadała w sen.
– Kiedyś stąd ucieknę – szepnęła przez sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz