niedziela, 20 października 2019

#2


„Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego – mimo niepogody ujrzałam błękit  nieba.”

Martina obudziła się i zaledwie uniosła głowę, a już z powrotem opadła na poduszkę zniechęcona szarością deszczowego dnia. Nie miała jednak zamiaru wylegiwać się, więc leniwie zwlokła się z łóżka. Perspektywa spędzenia całego dnia samej w pustym domu nie napawała ją optymizmem, ale przecież była przyzwyczajona do samotności. Na szczęście potwory z przeszłości przerwały atak, kryjąc się w ciemnych zakamarkach przed światłem dnia, gdzie jak zwykle zaczekają na swoją ulubioną porę, kiedy to ożywi je ciemność nocy.
            Dziewczyna z powodu braku swoich rzeczy, na powrót ubrała się w to, co miała na sobie poprzedniego dnia. Opuściła swój pokój na piętrze i zeszła do kuchni. Zrobiła sobie mocną kawę, żeby pobudzić organizm z wszechogarniającego go otępienia. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w spływające po szybie krople deszczu. Pomyślała, że może gdy nadejdzie lato, pogoda się poprawi.
            W końcu coraz bardziej odczuwalny głód zmusił ją do ruszenia tyłka i przygotowania sobie czegoś do zjedzenia. Dawno minęło już południe i nie wiedziała, czy przygotować też coś dla rodziców, ale nie miała pojęcia, o której wrócą z pracy, bo przecież zapomniała zapytać o taki drobiazg. Dla siebie samej nie potrzebowała przyrządzać czegoś szczególnego i w pełni zaspokoiła się kanapkami z żółtym serem i szynką oraz szklanką soku.
            Gdy napełniła brzuch i posprzątała po sobie, przyłapała się na tym, że co jakiś czas spogląda na zegar, nie wiedząc nawet, na którą godzinę czeka.
            Tata nadal pracował w zakładzie stolarskim i, jeśli nic się nie zmieniło, to, o ile dobrze sobie zapamiętała, wróci pewnie po osiemnastej. Zastanawiała się czasem, dlaczego jego pracodawca postanowił obdarzyć go tak wielkim zaufaniem, że po skończeniu leczenia pozwolił mu wrócić do pracy na tym samym stanowisku. Najwyraźniej ojciec nigdy nie pozwalał sobie na picie w pracy, za to dogadzał sobie później. Dlatego też nigdy nie został zwolniony, tylko wysłano go na specjalny urlop. Doszła do wniosku, że ojciec mimo wszystko miał w życiu dużo szczęścia i dobrych ludzi przy swoim boku, którzy jednak postanowili trwać przy nim. Gdyby nie to, pewnie już dawno by się stoczył.
            Ciekawe czy w jej życiu też znajdą się takie osoby, które będą przy niej na dobre i na złe i nie pozwolą jej się poddać? A może historia się powtórzy i ona będzie pełnić tę samą rolę, jaką przez tyle lat pełniła jej mama? Chociaż zawsze pozostaje do wyboru droga ojca, ale to raczej mało prawdopodobne w jej przypadku.
            Wolnym krokiem podeszła do okna i wyjrzała na pusty i mokry podjazd. No tak, to przecież normalne, że wygląda przez okno, oczekując na kogoś. Dlaczego więc w swoim zachowaniu doszukiwała się przede wszystkim podobieństw do sytuacji sprzed lat? Dlaczego wydawało jej się, że zachowuje się jak matka?
            Tak, mama pewnie wróci za jakąś godzinę, gdy zamknie kwiaciarnię, którą prowadziła od lat, przejmując interes po swojej mamie. Martina uważała, że to bardzo przyjemna praca i uwielbiała, gdy mama czasem zabierała ją ze sobą na giełdę po kwiaty na specjalne zamówienia. Te wszystkie kolorowe i pachnące roślinki miały w sobie tyle uroku! Będąc w kwiaciarni zawsze obserwowała mężczyzn kupujących ogromne, czy też i symboliczne bukiety dla swoich wybranek. Teraz już dawno przestała wierzyć w to, że kiedykolwiek dostanie kwiaty od mężczyzny.
            Z zamyślenia wyrwał ją zajeżdżający przed dom samochód. Rozpoznała Maksa za kierownicą, ale wyszła dopiero, gdy zaczął zmagać się z jej bagażami w trakcie, gdy deszcz padał nadal w najlepsze.
– Czekaj, pomogę ci! – zawołała, próbując przekrzyczeć chlupot ulewy.
– Nie wychodź, bo cała przemokniesz! – zaprotestował, ale ona już wyciągała jedną z toreb z bagażnika.
            Oboje szybko się uwinęli i Martina z ulgą zamknęła za sobą drzwi wyjściowe.
– Wcześnie przyjechałeś. Nie spodziewałam się ciebie jeszcze – powiedziała.
– I tak nie miałem nic lepszego do roboty. – Uśmiechnął się, zdejmując mokrą kurtkę i buty.
– Kurtkę możesz zawiesić tutaj. – Wskazała wieszak, na który sama zarzuciła zmoczoną bluzę.
– A te walizki? Zanieść je gdzieś? – spytał.
– Jeśli mógłbyś, to mój pokój jest na górze.
– Oczywiście, przecież nie będę tu stały w przejściu.
– Ale ja ci pomogę.
            Nie chciała przyglądać się jak taszczy po schodach te ciężary, bo dobrze wiedziała, co tam zapakowała i ile ważą.
            Gdy znaleźli się w pokoju dziewczyny, Maks rozsiadł się na krześle przy biurku, wyciągając nogi przed siebie.
– Będziesz się teraz rozpakowywała? – spytał.
– Nie wiem. Wszystko mi jedno kiedy to zrobię. Mam czas – odparła.
– To prawda, ale dziwnie by mi się mieszkało w takim pustym pomieszczeniu.
– Racja, muszę jakoś zapełnić tę pustkę. Wiesz, że ja już wcześniej pomyślałam dokładnie o tym samym? – Uśmiechnęła się, przysiadając na skraju łóżka.
– Może jednak jest coś, co nas łączy?
            Po tych słowach przeniósł się bliżej dziewczyny, siadając tuż przy jej boku. Odgarnął jej długie rozpuszczone włosy i ujął twarz w dłonie. Patrzyła na niego, na jego krótko obcięte jasne włosy, pełne usta, lekki zarost na policzkach, aż ich oczy się spotkały. Sama nie wiedziała, co chciałaby ujrzeć w jego szarych niczym deszczowe niebo tęczówkach, bo w czarnych źrenicach wyraźnie dostrzegła swoje odbicie. Przyszło jej do głowy, że Max zapewne też próbuje wyczytać cokolwiek z jej spojrzenia. Ale cóż mógł tam zobaczyć? Bała się, że łatwo dostrzeże obojętność, z jaką podchodziła do momentów, kiedy chciał być wobec niej czuły.
            Teraz właśnie pochylił się i ich wargi się zetknęły. Dziewczyna nie czuła nic… szczególnego. Oczywiście odbierała jego pocałunki jako coś miłego i dość przyjemnego, ale czy tak właśnie powinna się czuć podczas pieszczot?
            Max zjechał dłońmi niżej, ujmując ją za kark chcąc pogłębić pocałunek, ale ona złapała go za ręce, odsuwając się odrobinę.
– Masz takie zimne dłonie. Ja, głupia, zapomniałam, że się przemoczyłeś na tym deszczu – rzuciła z wcale nieudawaną troską. Nie musiała grać, choć oczywiście to, co zrobiła, wyglądało jakby na siłę szukała pretekstu, by się od niego uwolnić. To nie do końca tak, choć prawdą było, że nie chciała go zbyt blisko do siebie dopuszczać.
– Może mnie rozgrzejesz? – spytał zaczepnie.
            Spojrzała na niego, unosząc lewą brew.
– Wiesz, że nie jestem w tym dobra. Ja po prostu się do tego nie nadaję.
– Wiem, nie wiem… Jakie to ma znaczenie? – Wzruszył ramionami. – A ty skąd to wiesz? Powiedz, skąd wiesz, że się nie nadajesz?
            Nie skomentowała tego, ani nic nie odpowiedziała. Potraktowała słowa Maksa tak, jakby nigdy nie zostały wypowiedziane. Zignorowała je.
– Pójdę zrobić nam coś ciepłego do picia. Chcesz kawę, herbatę, czy coś innego?
– Powiem, że to samo co ty – odparł obojętnie, patrząc na nią ciągle tak intensywnie, iż bała się, że przejrzy ją na wylot.
– W międzyczasie możesz wypakować rzeczy z tej torby. – Wskazała na jedną, w której były książki i różne przedmioty. – Poskładaj je na biurku lub gdziekolwiek.
            Skierowała się ku drzwiom.
– Czyli znowu mi uciekasz… – Bardziej stwierdził niż zapytał.
            Drgnęła lekko na te słowa. Zabolało ją to, co powiedział, bo w końcu była to najprawdziwsza prawda.  Zatrzymała się w progu, ale nie była w stanie się obejrzeć, nie mogła spojrzeć mu w oczy. Jedyne co przyszło jej do głowy to to, że racją jest, że zawsze stara się uciec, ale przecież on nawet nie próbuje jej złapać. W ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć tego głośno. Dlaczego miałaby robić mu wyrzuty, skoro sama nie grała fair? To byłoby niesprawiedliwe.
            Wyszła w końcu, ale, czekając aż woda zagotuje się w czajniku, nie mogła opędzić się od natrętnych myśli. Dlaczego była z Maksem? Mogła przecież w każdej chwili to zakończyć, ale czy wtedy czułaby się lepiej?
            Poznała Maksa przez przypadek, gdy pewnego dnia pomógł przynieść cioci zakupy do mieszkania. To było jakiś rok temu. Spotkali się kilka razy i choć nie wybuchło między nimi płomienne uczucie, to dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Zawsze mogła na niego liczyć i miała kogoś przy swoim boku. Nie wiedziała o nim zbyt dużo i wzajemnie – on o niej też. Ale nigdy nie pytał, nie naciskał. Jakże to było wygodne… Wiedziała, że nie jest głupi i na pewno wielu rzeczy się domyślał, ale widocznie to wszystko mu nie przeszkadzało. Tylko czasem zdarzyło mu się powiedzieć coś w stylu tego, co miało miejsce przed chwilą, ale ich związek musiał mu być na rękę, skoro jeszcze jej nie rzucił. Jak zniosłaby odrzucenie? Normalnie, jakoś by to przełknęła. Gorzej byłoby z poczuciem, że znowu będzie sama, czyli to, czego bała się najbardziej. Samotność chybaby ją zabiła.
            Z zamyślenia wyrwał ją gwizd czajnika. Zrobiła im gorącą czekoladę, z którą udała się z powrotem na górę.
– Szybko sobie z tym poradziłeś – powiedziała, widząc, że wypakował wszystko z jednej torby.
            Podała mu do rąk kubek z parującym i aromatycznym napojem.
– Dziękuję – odparł. – Może jeszcze w czymś ci pomóc? – spytał.
– Nie musisz, tam są tylko moje ubrania.
            Machnęła ręką odstawiając kubek na parapet i zabrała się za układanie książek na pustym regale. Kilka zeszytów, teczkę oraz blok rysunkowy wraz ze sporą ilością ołówków wrzuciła do szuflady biurka. Miała też kilka porcelanowych figurek, które postawiła na chybił trafił. Nad biurkiem wisiała dość spora tablica korkowa, która nie mogła zostać pusta, ale na razie nie miała pomysłu, czym ją zapełnić.
            Następnie uklękła przy największej walizce, z której wyjęła laptop oraz plątaninę kabli, a potem kosmetyczkę, przybory toaletowe i ręczniki. Odsunęła to wszystko na bok, bo równie dobrze mogła zanieść je do łazienki później.
– Koniec tego dobrego – odezwał się w końcu Max. – Nie będę tak bezczynnie siedział i się przyglądał. Pomogę ci.
            Przyciągnął do siebie jedną torbę i rozsunął zamek.
            Martina, widząc, za którą torbę się zabrał, trochę się zmieszała.
– Hej, czekaj! Tu są moje osobiste rzeczy. – Złapała go za ręce, gdy sięgnął po leżącą na wierzchu bluzę.
– Co ty tam takiego ukrywasz? – Zmarszczył czoło. – A, wiem! – Roześmiał się. – Założę się, że znalazłbym tu twoją bieliznę. Ale nie rozumiem, czego tak się boisz? – Mrugnął do niej, szczerząc zęby w uśmiechu.
– Świnia! – rzuciła. – Wyobrażasz sobie, że wspólnie układamy moje majtki i staniki? – Zmrużyła oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem.
            Wtem usłyszała trzaśnięcie wejściowych drzwi i po chwili także wołanie mamy.
– Idę! – krzyknęła, zbiegając na dół.
– Masz gościa? – spytała mama.
– Tak, jest u mnie Max. A co? Pewnie chcesz wjechać do garażu, ale wjazd jest zastawiony? – domyśliła się. – Zaraz go zawołam to przestawi samochód.
            Nie biegła już na górę, lecz głośno go zawołała. Zjawił się natychmiast.
– Dzień dobry, pani Lorenz – przywitał się.
– To właśnie jest Max, mamo.
– Miło mi. – Mama podała mu rękę. – Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś przestawił swój samochód, bo nie mogę zajechać przed dom.
            Max ubrał pośpiesznie buty i zarzucił mokrą kurtkę i oboje wyszli. Martina cierpliwie czekała aż wrócą. Nie minęła chwila, a już byli z powrotem, uciekając przed deszczem.
– Poczęstowałaś czymś kolegę? – spytała mama.
            Martina nie odpowiedziała, bo zupełnie nie pomyślała o tym, że Max może być głodny. Na szczęście chłopak przyszedł jej z pomocą.
– Proszę się mną nie przejmować. Popijamy sobie z Martiną gorącą czekoladę i pomagam jej się rozpakować.
– To ja w takim razie nie będę wam przeszkadzać.
            Gdy znaleźli się na górze i Martina zamknęła drzwi, Max wyjął z kieszeni kawałek czarnej koronki.
– To twoje? – spytał, próbując powstrzymać się od śmiechu.
– Skąd to masz?! – Rzuciła się w jego kierunku, rumieniąc się.
– Nie wiedziałem, że nosisz takie seksowne majteczki.
            Martina uderzyła go dłonią w klatkę piersiową i próbowała dosięgnąć jego ręki, którą trzymał uniesioną w górę, ściskając jej własność.
– Oddawaj! – krzyknęła.
– Sama sobie weź!
            Zrobił krok do tyłu, ale potknął się niefortunnie i upadł całym ciężarem, na szczęście na łóżko, które zamortyzowało upadek. Oczywiście dziewczynę pociągnął za sobą, ale tak, że czołem uderzyła go w nos.
– Masz za swoje! – odburknęła, gdy zaczął skarżyć się na ból.
            Chciała dodać coś jeszcze, ale poczuła, że się przemieszczają i nagle znalazła się pod nim. O mało co znowu nie wylądowali na podłodze, lecz Max zdawał się nie zwracać na to uwagi. Przylgnął wargami do ust dziewczyny i tym razem wiedziała, że mu nie ucieknie.
            Max oderwał się od niej dopiero, gdy oboje nie mogli złapać oddechu. Martina pogłaskała go po twarzy. Zdawało jej się, że przez chwilę dostrzegła cień smutku przebiegający po twarzy chłopaka. Chciałaby być dla niego lepszą dziewczyną, bo zdecydowanie zasługiwał na coś więcej, niż mogła mu dać.
– Pojadę już, żeby ci nie przeszkadzać. Jednak jutro, jeśli nie będzie padało, zabiorę cię w pewne miejsce. Co ty na to?
– Chętnie spędzę z tobą czas – przyznała szczerze.
– Będę przed południem. Bądź gotowa.
            Cmoknął ją jeszcze raz i podniósł się, pomagając też wstać dziewczynie. Już miał wyjść, ale coś sobie jeszcze przypomniał. – Zapomniałbym oddać. – Rzucił jej bieliznę. – Możesz je jutro założyć. – Puścił oczko.
– Możesz sobie tylko pomarzyć – rzuciła.
            Po wyjściu Maksa ułożyła swoje ubrania w szafie. Nie dawała jej spokoju jedynie pusta tablica korkowa. Wyjęła więc teczkę, w której gromadziła swoje ołówkowe rysunki i postanowiła powiesić niektóre z nich. Przypięła też zdjęcie Maksa.
            Tej nocy w urządzonym pokoju i z ulubionym misiem w objęciach spała zdecydowanie lepiej.
            Następnego dnia pogoda była lepsza i trochę się ociepliło, więc Max zabrał ją na przejażdżkę, jak obiecał.
– Dlaczego tutaj przyjechaliśmy? – zdziwiła się, widząc, że zajechali pod skocznie, gdzie najwidoczniej odbywał się trening młodych skoczków narciarskich.
– Obiecałem komuś, że dziś tu będę. Chodź, podejdziemy bliżej. On na pewno nas wygląda.
– Musisz wiele dla niego znaczyć – zauważyła.
– Nie, to on wiele znaczy dla mnie.
            Usiedli na trybunach blisko skoczni. Mogli obserwować małych chłopców, którzy ćwiczyli na niewielkim obiekcie pod opieką młodego chłopaka. Wszystkiemu zaś przyglądali się dwaj starsi mężczyźni, zapewne faktyczni trenerzy.
– Widzisz tego chłopca, który macha w naszym kierunku? To właśnie dla niego tutaj jesteśmy. To mój kuzyn, Christian. Ma tylko dziesięć lat, ale już chce być najlepszy. A ten, z którym rozmawia, to skoczek narciarski, Andreas Wellinger – ulubieniec Christiana – tłumaczył Max.
            Patrzyła na  uśmiechniętego chłopca, który rozmawiał z trenerem i pokazywał mu kuzyna. Wysoki szczupły blondyn obejrzał się w ich kierunku, patrząc życzliwie na Maksa. Potem skierował wzrok na nią i poczuła, że się jej przygląda. Odwzajemniła spojrzenie, a gdy ich oczy się spotkały, Martina poczuła, jakby czas na chwilę się zatrzymał. W dodatku te oczy… Mimo, że było ciepło, niebo pokrywała szara kołderka chmur, a w tych oczach zobaczyła błękit tak intensywny, że przywołał w myślach Martiny obraz błękitu letniego nieba. Mimowolnie się uśmiechnęła, co zostało chyba opatrznie zrozumiane, bo chłopak odwzajemnił jej uśmiech. Spuściła wzrok.
            Andreas Wellinger… Tylko on był teraz w jej myślach, choć starała się z tym walczyć. Poczuła, że żołądek znowu zawiązuje się w ciasny supełek, co wywołało znajome i niezbyt miłe skojarzenia. Przestraszyła się, że nic dobrego z tego nie wyniknie, a może przynieść tylko i wyłącznie ból.
            To skutecznie ją otrzeźwiło. Lecz chyba tylko chwilowo, bo, gdy wracała z Maksem, opierając głowę na jego plecach i patrząc w niebo, ujrzała skrawek czystego błękitu, natychmiast znów zobaczyła te oczy opromienione życzliwym uśmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz