„Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego – mimo
niepogody ujrzałam błękit nieba.”
Martina
obudziła się i zaledwie uniosła głowę, a już z powrotem opadła na poduszkę
zniechęcona szarością deszczowego dnia. Nie miała jednak zamiaru wylegiwać się,
więc leniwie zwlokła się z łóżka. Perspektywa spędzenia całego dnia samej w
pustym domu nie napawała ją optymizmem, ale przecież była przyzwyczajona do
samotności. Na szczęście potwory z przeszłości przerwały atak, kryjąc się w
ciemnych zakamarkach przed światłem dnia, gdzie jak zwykle zaczekają na swoją
ulubioną porę, kiedy to ożywi je ciemność nocy.
Dziewczyna z powodu braku swoich
rzeczy, na powrót ubrała się w to, co miała na sobie poprzedniego dnia.
Opuściła swój pokój na piętrze i zeszła do kuchni. Zrobiła sobie mocną kawę,
żeby pobudzić organizm z wszechogarniającego go otępienia. Z szeroko otwartymi
oczami wpatrywała się w spływające po szybie krople deszczu. Pomyślała, że może
gdy nadejdzie lato, pogoda się poprawi.
W końcu coraz bardziej odczuwalny
głód zmusił ją do ruszenia tyłka i przygotowania sobie czegoś do zjedzenia.
Dawno minęło już południe i nie wiedziała, czy przygotować też coś dla
rodziców, ale nie miała pojęcia, o której wrócą z pracy, bo przecież zapomniała
zapytać o taki drobiazg. Dla siebie samej nie potrzebowała przyrządzać czegoś
szczególnego i w pełni zaspokoiła się kanapkami z żółtym serem i szynką oraz
szklanką soku.
Gdy napełniła brzuch i posprzątała
po sobie, przyłapała się na tym, że co jakiś czas spogląda na zegar, nie
wiedząc nawet, na którą godzinę czeka.
Tata nadal pracował w zakładzie
stolarskim i, jeśli nic się nie zmieniło, to, o ile dobrze sobie zapamiętała,
wróci pewnie po osiemnastej. Zastanawiała się czasem, dlaczego jego pracodawca
postanowił obdarzyć go tak wielkim zaufaniem, że po skończeniu leczenia
pozwolił mu wrócić do pracy na tym samym stanowisku. Najwyraźniej ojciec nigdy
nie pozwalał sobie na picie w pracy, za to dogadzał sobie później. Dlatego też
nigdy nie został zwolniony, tylko wysłano go na specjalny urlop. Doszła do
wniosku, że ojciec mimo wszystko miał w życiu dużo szczęścia i dobrych ludzi
przy swoim boku, którzy jednak postanowili trwać przy nim. Gdyby nie to, pewnie
już dawno by się stoczył.
Ciekawe czy w jej życiu też znajdą
się takie osoby, które będą przy niej na dobre i na złe i nie pozwolą jej się
poddać? A może historia się powtórzy i ona będzie pełnić tę samą rolę, jaką
przez tyle lat pełniła jej mama? Chociaż zawsze pozostaje do wyboru droga ojca,
ale to raczej mało prawdopodobne w jej przypadku.
Wolnym krokiem podeszła do okna i
wyjrzała na pusty i mokry podjazd. No tak, to przecież normalne, że wygląda
przez okno, oczekując na kogoś. Dlaczego więc w swoim zachowaniu doszukiwała
się przede wszystkim podobieństw do sytuacji sprzed lat? Dlaczego wydawało jej
się, że zachowuje się jak matka?
Tak, mama pewnie wróci za jakąś
godzinę, gdy zamknie kwiaciarnię, którą prowadziła od lat, przejmując interes
po swojej mamie. Martina uważała, że to bardzo przyjemna praca i uwielbiała,
gdy mama czasem zabierała ją ze sobą na giełdę po kwiaty na specjalne
zamówienia. Te wszystkie kolorowe i pachnące roślinki miały w sobie tyle uroku!
Będąc w kwiaciarni zawsze obserwowała mężczyzn kupujących ogromne, czy też i
symboliczne bukiety dla swoich wybranek. Teraz już dawno przestała wierzyć w
to, że kiedykolwiek dostanie kwiaty od mężczyzny.
Z zamyślenia wyrwał ją zajeżdżający
przed dom samochód. Rozpoznała Maksa za kierownicą, ale wyszła dopiero, gdy
zaczął zmagać się z jej bagażami w trakcie, gdy deszcz padał nadal w najlepsze.
–
Czekaj, pomogę ci! – zawołała, próbując przekrzyczeć chlupot ulewy.
–
Nie wychodź, bo cała przemokniesz! – zaprotestował, ale ona już wyciągała jedną
z toreb z bagażnika.
Oboje szybko się uwinęli i Martina z
ulgą zamknęła za sobą drzwi wyjściowe.
–
Wcześnie przyjechałeś. Nie spodziewałam się ciebie jeszcze – powiedziała.
–
I tak nie miałem nic lepszego do roboty. – Uśmiechnął się, zdejmując mokrą
kurtkę i buty.
–
Kurtkę możesz zawiesić tutaj. – Wskazała wieszak, na który sama zarzuciła
zmoczoną bluzę.
–
A te walizki? Zanieść je gdzieś? – spytał.
–
Jeśli mógłbyś, to mój pokój jest na górze.
–
Oczywiście, przecież nie będę tu stały w przejściu.
–
Ale ja ci pomogę.
Nie chciała przyglądać się jak
taszczy po schodach te ciężary, bo dobrze wiedziała, co tam zapakowała i ile
ważą.
Gdy znaleźli się w pokoju dziewczyny,
Maks rozsiadł się na krześle przy biurku, wyciągając nogi przed siebie.
–
Będziesz się teraz rozpakowywała? – spytał.
–
Nie wiem. Wszystko mi jedno kiedy to zrobię. Mam czas – odparła.
–
To prawda, ale dziwnie by mi się mieszkało w takim pustym pomieszczeniu.
–
Racja, muszę jakoś zapełnić tę pustkę. Wiesz, że ja już wcześniej pomyślałam
dokładnie o tym samym? – Uśmiechnęła się, przysiadając na skraju łóżka.
–
Może jednak jest coś, co nas łączy?
Po tych słowach przeniósł się bliżej
dziewczyny, siadając tuż przy jej boku. Odgarnął jej długie rozpuszczone włosy
i ujął twarz w dłonie. Patrzyła na niego, na jego krótko obcięte jasne włosy,
pełne usta, lekki zarost na policzkach, aż ich oczy się spotkały. Sama nie
wiedziała, co chciałaby ujrzeć w jego szarych niczym deszczowe niebo
tęczówkach, bo w czarnych źrenicach wyraźnie dostrzegła swoje odbicie. Przyszło
jej do głowy, że Max zapewne też próbuje wyczytać cokolwiek z jej spojrzenia.
Ale cóż mógł tam zobaczyć? Bała się, że łatwo dostrzeże obojętność, z jaką
podchodziła do momentów, kiedy chciał być wobec niej czuły.
Teraz właśnie pochylił się i ich
wargi się zetknęły. Dziewczyna nie czuła nic… szczególnego. Oczywiście
odbierała jego pocałunki jako coś miłego i dość przyjemnego, ale czy tak
właśnie powinna się czuć podczas pieszczot?
Max zjechał dłońmi niżej, ujmując ją
za kark chcąc pogłębić pocałunek, ale ona złapała go za ręce, odsuwając się
odrobinę.
–
Masz takie zimne dłonie. Ja, głupia, zapomniałam, że się przemoczyłeś na tym
deszczu – rzuciła z wcale nieudawaną troską. Nie musiała grać, choć oczywiście
to, co zrobiła, wyglądało jakby na siłę szukała pretekstu, by się od niego
uwolnić. To nie do końca tak, choć prawdą było, że nie chciała go zbyt blisko
do siebie dopuszczać.
–
Może mnie rozgrzejesz? – spytał zaczepnie.
Spojrzała na niego, unosząc lewą
brew.
–
Wiesz, że nie jestem w tym dobra. Ja po prostu się do tego nie nadaję.
–
Wiem, nie wiem… Jakie to ma znaczenie? – Wzruszył ramionami. – A ty skąd to
wiesz? Powiedz, skąd wiesz, że się nie nadajesz?
Nie skomentowała tego, ani nic nie
odpowiedziała. Potraktowała słowa Maksa tak, jakby nigdy nie zostały wypowiedziane.
Zignorowała je.
–
Pójdę zrobić nam coś ciepłego do picia. Chcesz kawę, herbatę, czy coś innego?
–
Powiem, że to samo co ty – odparł obojętnie, patrząc na nią ciągle tak
intensywnie, iż bała się, że przejrzy ją na wylot.
–
W międzyczasie możesz wypakować rzeczy z tej torby. – Wskazała na jedną, w
której były książki i różne przedmioty. – Poskładaj je na biurku lub
gdziekolwiek.
Skierowała się ku drzwiom.
–
Czyli znowu mi uciekasz… – Bardziej stwierdził niż zapytał.
Drgnęła lekko na te słowa. Zabolało
ją to, co powiedział, bo w końcu była to najprawdziwsza prawda. Zatrzymała się w progu, ale nie była w stanie
się obejrzeć, nie mogła spojrzeć mu w oczy. Jedyne co przyszło jej do głowy to
to, że racją jest, że zawsze stara się uciec, ale przecież on nawet nie próbuje
jej złapać. W ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć tego
głośno. Dlaczego miałaby robić mu wyrzuty, skoro sama nie grała fair? To byłoby
niesprawiedliwe.
Wyszła w końcu, ale, czekając aż
woda zagotuje się w czajniku, nie mogła opędzić się od natrętnych myśli.
Dlaczego była z Maksem? Mogła przecież w każdej chwili to zakończyć, ale czy
wtedy czułaby się lepiej?
Poznała Maksa przez przypadek, gdy
pewnego dnia pomógł przynieść cioci zakupy do mieszkania. To było jakiś rok
temu. Spotkali się kilka razy i choć nie wybuchło między nimi płomienne uczucie,
to dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Zawsze mogła na niego liczyć i miała
kogoś przy swoim boku. Nie wiedziała o nim zbyt dużo i wzajemnie – on o niej
też. Ale nigdy nie pytał, nie naciskał. Jakże to było wygodne… Wiedziała, że
nie jest głupi i na pewno wielu rzeczy się domyślał, ale widocznie to wszystko
mu nie przeszkadzało. Tylko czasem zdarzyło mu się powiedzieć coś w stylu tego,
co miało miejsce przed chwilą, ale ich związek musiał mu być na rękę, skoro
jeszcze jej nie rzucił. Jak zniosłaby odrzucenie? Normalnie, jakoś by to
przełknęła. Gorzej byłoby z poczuciem, że znowu będzie sama, czyli to, czego
bała się najbardziej. Samotność chybaby ją zabiła.
Z zamyślenia wyrwał ją gwizd
czajnika. Zrobiła im gorącą czekoladę, z którą udała się z powrotem na górę.
–
Szybko sobie z tym poradziłeś – powiedziała, widząc, że wypakował wszystko z
jednej torby.
Podała mu do rąk kubek z parującym i
aromatycznym napojem.
–
Dziękuję – odparł. – Może jeszcze w czymś ci pomóc? – spytał.
–
Nie musisz, tam są tylko moje ubrania.
Machnęła ręką odstawiając kubek na
parapet i zabrała się za układanie książek na pustym regale. Kilka zeszytów,
teczkę oraz blok rysunkowy wraz ze sporą ilością ołówków wrzuciła do szuflady
biurka. Miała też kilka porcelanowych figurek, które postawiła na chybił
trafił. Nad biurkiem wisiała dość spora tablica korkowa, która nie mogła zostać
pusta, ale na razie nie miała pomysłu, czym ją zapełnić.
Następnie uklękła przy największej
walizce, z której wyjęła laptop oraz plątaninę kabli, a potem kosmetyczkę,
przybory toaletowe i ręczniki. Odsunęła to wszystko na bok, bo równie dobrze
mogła zanieść je do łazienki później.
–
Koniec tego dobrego – odezwał się w końcu Max. – Nie będę tak bezczynnie
siedział i się przyglądał. Pomogę ci.
Przyciągnął do siebie jedną torbę i
rozsunął zamek.
Martina, widząc, za którą torbę się
zabrał, trochę się zmieszała.
–
Hej, czekaj! Tu są moje osobiste rzeczy. – Złapała go za ręce, gdy sięgnął po
leżącą na wierzchu bluzę.
–
Co ty tam takiego ukrywasz? – Zmarszczył czoło. – A, wiem! – Roześmiał się. –
Założę się, że znalazłbym tu twoją bieliznę. Ale nie rozumiem, czego tak się
boisz? – Mrugnął do niej, szczerząc zęby w uśmiechu.
–
Świnia! – rzuciła. – Wyobrażasz sobie, że wspólnie układamy moje majtki i
staniki? – Zmrużyła oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem.
Wtem usłyszała trzaśnięcie
wejściowych drzwi i po chwili także wołanie mamy.
–
Idę! – krzyknęła, zbiegając na dół.
–
Masz gościa? – spytała mama.
–
Tak, jest u mnie Max. A co? Pewnie chcesz wjechać do garażu, ale wjazd jest
zastawiony? – domyśliła się. – Zaraz go zawołam to przestawi samochód.
Nie biegła już na górę, lecz głośno
go zawołała. Zjawił się natychmiast.
–
Dzień dobry, pani Lorenz – przywitał się.
–
To właśnie jest Max, mamo.
–
Miło mi. – Mama podała mu rękę. – Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś
przestawił swój samochód, bo nie mogę zajechać przed dom.
Max ubrał pośpiesznie buty i
zarzucił mokrą kurtkę i oboje wyszli. Martina cierpliwie czekała aż wrócą. Nie
minęła chwila, a już byli z powrotem, uciekając przed deszczem.
–
Poczęstowałaś czymś kolegę? – spytała mama.
Martina nie odpowiedziała, bo
zupełnie nie pomyślała o tym, że Max może być głodny. Na szczęście chłopak
przyszedł jej z pomocą.
–
Proszę się mną nie przejmować. Popijamy sobie z Martiną gorącą czekoladę i
pomagam jej się rozpakować.
–
To ja w takim razie nie będę wam przeszkadzać.
Gdy znaleźli się na górze i Martina
zamknęła drzwi, Max wyjął z kieszeni kawałek czarnej koronki.
–
To twoje? – spytał, próbując powstrzymać się od śmiechu.
–
Skąd to masz?! – Rzuciła się w jego kierunku, rumieniąc się.
–
Nie wiedziałem, że nosisz takie seksowne majteczki.
Martina uderzyła go dłonią w klatkę
piersiową i próbowała dosięgnąć jego ręki, którą trzymał uniesioną w górę,
ściskając jej własność.
–
Oddawaj! – krzyknęła.
–
Sama sobie weź!
Zrobił krok do tyłu, ale potknął się
niefortunnie i upadł całym ciężarem, na szczęście na łóżko, które zamortyzowało
upadek. Oczywiście dziewczynę pociągnął za sobą, ale tak, że czołem uderzyła go
w nos.
–
Masz za swoje! – odburknęła, gdy zaczął skarżyć się na ból.
Chciała dodać coś jeszcze, ale
poczuła, że się przemieszczają i nagle znalazła się pod nim. O mało co znowu
nie wylądowali na podłodze, lecz Max zdawał się nie zwracać na to uwagi.
Przylgnął wargami do ust dziewczyny i tym razem wiedziała, że mu nie ucieknie.
Max oderwał się od niej dopiero, gdy
oboje nie mogli złapać oddechu. Martina pogłaskała go po twarzy. Zdawało jej
się, że przez chwilę dostrzegła cień smutku przebiegający po twarzy chłopaka.
Chciałaby być dla niego lepszą dziewczyną, bo zdecydowanie zasługiwał na coś
więcej, niż mogła mu dać.
–
Pojadę już, żeby ci nie przeszkadzać. Jednak jutro, jeśli nie będzie padało,
zabiorę cię w pewne miejsce. Co ty na to?
–
Chętnie spędzę z tobą czas – przyznała szczerze.
–
Będę przed południem. Bądź gotowa.
Cmoknął ją jeszcze raz i podniósł
się, pomagając też wstać dziewczynie. Już miał wyjść, ale coś sobie jeszcze
przypomniał. – Zapomniałbym oddać. – Rzucił jej bieliznę. – Możesz je jutro
założyć. – Puścił oczko.
–
Możesz sobie tylko pomarzyć – rzuciła.
Po wyjściu Maksa ułożyła swoje
ubrania w szafie. Nie dawała jej spokoju jedynie pusta tablica korkowa. Wyjęła
więc teczkę, w której gromadziła swoje ołówkowe rysunki i postanowiła powiesić
niektóre z nich. Przypięła też zdjęcie Maksa.
Tej nocy w urządzonym pokoju i z
ulubionym misiem w objęciach spała zdecydowanie lepiej.
Następnego dnia pogoda była lepsza i
trochę się ociepliło, więc Max zabrał ją na przejażdżkę, jak obiecał.
–
Dlaczego tutaj przyjechaliśmy? – zdziwiła się, widząc, że zajechali pod
skocznie, gdzie najwidoczniej odbywał się trening młodych skoczków
narciarskich.
–
Obiecałem komuś, że dziś tu będę. Chodź, podejdziemy bliżej. On na pewno nas
wygląda.
–
Musisz wiele dla niego znaczyć – zauważyła.
–
Nie, to on wiele znaczy dla mnie.
Usiedli na trybunach blisko skoczni.
Mogli obserwować małych chłopców, którzy ćwiczyli na niewielkim obiekcie pod
opieką młodego chłopaka. Wszystkiemu zaś przyglądali się dwaj starsi mężczyźni,
zapewne faktyczni trenerzy.
–
Widzisz tego chłopca, który macha w naszym kierunku? To właśnie dla niego tutaj
jesteśmy. To mój kuzyn, Christian. Ma tylko dziesięć lat, ale już chce być
najlepszy. A ten, z którym rozmawia, to skoczek narciarski, Andreas Wellinger –
ulubieniec Christiana – tłumaczył Max.
Patrzyła na uśmiechniętego chłopca, który rozmawiał z
trenerem i pokazywał mu kuzyna. Wysoki szczupły blondyn obejrzał się w ich
kierunku, patrząc życzliwie na Maksa. Potem skierował wzrok na nią i poczuła,
że się jej przygląda. Odwzajemniła spojrzenie, a gdy ich oczy się spotkały,
Martina poczuła, jakby czas na chwilę się zatrzymał. W dodatku te oczy… Mimo,
że było ciepło, niebo pokrywała szara kołderka chmur, a w tych oczach zobaczyła
błękit tak intensywny, że przywołał w myślach Martiny obraz błękitu letniego
nieba. Mimowolnie się uśmiechnęła, co zostało chyba opatrznie zrozumiane, bo
chłopak odwzajemnił jej uśmiech. Spuściła wzrok.
Andreas Wellinger… Tylko on był
teraz w jej myślach, choć starała się z tym walczyć. Poczuła, że żołądek znowu
zawiązuje się w ciasny supełek, co wywołało znajome i niezbyt miłe skojarzenia.
Przestraszyła się, że nic dobrego z tego nie wyniknie, a może przynieść tylko i
wyłącznie ból.
To skutecznie ją otrzeźwiło. Lecz
chyba tylko chwilowo, bo, gdy wracała z Maksem, opierając głowę na jego plecach
i patrząc w niebo, ujrzała skrawek czystego błękitu, natychmiast znów zobaczyła
te oczy opromienione życzliwym uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz